Matka pojawiła się już w ostatnim wpisie. Poruszałem w nim problem domu rodzinnego, oporów współczesnych, dorosłych dzieci przed opuszczeniem go i kosztów – zarówno psychicznych, jak i fizycznych – które się z tym wiążą.
W tym tygodniu chciałbym ugryźć temat od innej strony. Zajmę się relacją, która związuje matki z ich dziećmi i katastrofalnym skutkiem tego, co potocznie nazywa się „nieodcięciem pępowiny”.
Ze szczególnym uwzględnieniem konsekwencji wynikających z tego dla synów.
Święta matka i matka diabelska
I męskość, i kobiecość mają dwa skrajne oblicza. W przypadku męskości mówimy o dobrym królu; silnym, sprawiedliwym, stojącym na straży porządku i potrafiącym nie tylko uczciwie osądzić, ale również zlitować się nad człowiekiem. Jego przeciwieństwem jest tyran: władca bezlitosny, narzucający poddanym swoje żelazne prawa bez jakiegokolwiek zainteresowania tym, jak się z nimi czują; liczy się tylko jego wola, on stanowi prawo i nikt nie śmie mu się sprzeciwić.
Przez historię przewinęło się wielu tyranów, ale również kilku „świętych władców”. Ci drudzy nosili w sobie coś, co Robert Bly w Żelaznym Janie określa „zeusową energią”. To energia męska, energia przywódców, zdolna pociągnąć za sobą ku lepszej przyszłości rzesze poddanych.
W przypadku kobiet, ich natura również ma dwa oblicza: świętej i diabelskiej kobiecości. Świętą naturę najlepiej przedstawia obraz Matki Boskiej, dobrze znany każdemu chrześcijaninowi. Zawiera on wszystkie cechy, które naturalnie kojarzymy z matką: opiekuńczość, miłość, zdolność do poświęceń (nawet własnego życia w obronie życia dziecka). Kiedy ktoś mówi do nas: „matka”, zwykle przychodzi nam do głowy coś w tym stylu.
Jednak kobiecość/matka ma swoje drugie oblicze: wiedźmy, diablicy, baby jagi. Kobiety, której powierzchowna miłość skrywa pod sobą pragnienie zawładnięcia życiem tych, których kocha. Obraz takiej kobiecości jest wyraźnie pokazany w baśni o Jasiu i Małgosi – czarownica mieszkająca w domu z piernika stanowi metaforę dla zaborczego macierzyństwa. Matka tego typu mówi dziecku: „zrobię dla ciebie wszystko, tylko nigdy mnie nie opuszczaj”. To matka Edypa, która wygna męża i wpuści syna do własnego łóżka, byle tylko został przy niej; to matka, która w strachu przed samotnością (albo z innego, samolubnego powodu) pożera własne dzieci.
Dziś chcemy widzieć tylko dobrą stronę kobiecości. Tej mrocznej staramy się nie zauważać.
W dzisiejszych czasach wiemy wszystko o, i podziwiamy jasną stronę macierzyństwa. Chwalimy ją na każdym kroku. Matka jest dla nas postacią niemal świętą, a razem z nią rośnie ogólny podziw wobec kobiet, nawet jeśli niektóre w ogóle na to nie zasługują.
Nie widzimy natomiast mrocznej strony matczynej natury. Wyparliśmy ją zarówno ze świadomości zbiorowej, jak i prywatnej. Widać to w dyskusjach – kameralnych i publicznych. Mało kto odważa się powiedzieć choćby jedno złe słowo na temat własnej matki, albo matek w ogóle. Blokuje ich wstyd („to przecież moja matka”), poczucie winy („tyle dla mnie zrobiła”), albo społeczny brak przyzwolenia na ujawnianie mrocznej strony macierzyństwa („jak śmiesz obrażać świętą rolę kobiety?”).
Różnica między mroczną stroną męskości, a mroczną stroną kobiecości polega na tym, że z tyranem można walczyć. Tyran (czy to ojciec, szef, dawny król, albo obecny prezydent) uciska nas w otwarty sposób, często przy użyciu siły. Nie kryje tego, że jest naszym wrogiem. Jeśli mu się przeciwstawiamy, możemy czuć się z siebie dumni – w końcu walczymy z tyranem, złym człowiekiem.
Jeśli chodzi o demoniczną matkę, sprawa nie jest taka prosta. Jak walczyć z kimś, kto próbuje zagłaskać nas na śmierć? Jak się przeciwstawić komuś, kto poświęca się dla nas, pracuje dla nas, zarzeka się, że jest po naszej stronie i robi to wszystko z miłości? Jak bezwzględnym trzeba być, żeby wyrwać się z objęć kogoś, kto nie dość, że nas kocha, to jeszcze powtarza jak mantrę: „nie możesz odejść, nie poradzę sobie bez ciebie”, albo: „gdzie będzie ci lepiej, niż u mnie, niż przy matce? Gdzie poczujesz się bezpieczniej?”
Walka z demoniczną męskością dodaje nam chwały. Walka z demoniczną kobiecością zwykle czyni z nas szowinistów.
Walka z matką nie przysparza nam chwały. W oczach postronnych wypadniemy jak zwyrodnialcy wyżywający się na kobiecie gotowej zrobić dla nas wszystko. Wyglądamy tym gorzej, im bardziej tego typu matka jest skora grać ofiarę we własnym domu (granie na emocjach/granie ofiary jest powszechną, kobiecą taktyką ochronną).
Nawet jeśli próbowalibyśmy nasz sprzeciw postronnemu obserwatorowi wyjaśnić, to matka wciąż wygląda na świętą, a my na potwory. W końcu ona jest gotowa zrobić dla nas wszystko (żebyśmy tylko przy niej zostali), a my, niewdzięcznicy, odrzucamy ten dar – i jeszcze mamy czelność gniewać się za niego.
A mamy święte prawo się gniewać, bo matka i tak nie jest w stanie zapewnić nam bezpieczeństwa. Udając i przekonując nas, że potrafi to zrobić, opóźniając nasze wyfrunięcie z gniazda, odbiera nam siłę, potrzebną do mierzenia się z trudami życia.
Najlepsze, co rodzic może zrobić dla dziecka, to nauczyć go odwagi, a nie fałszywie obiecywać bezpieczeństwo. Ochronna bańka prędzej czy później i tak pęknie (ostatecznie w chwili śmierci rodziców), a dziecko, które spędziło w niej całe życie, zostanie same – słabe i niezdolne do radzenia sobie z problemami rzeczywistości.
Matka wie lepiej?
Sytuacja pozostawania blisko spódnicy matki jest szczególnie bolesna i niebezpieczna dla synów. Młody chłopak nie jest w stanie obronić się przed matczynymi zagrywkami – w końcu mama go kocha, co może być złego w jej zachowaniu? Wielu młodych mężczyzn czuje wręcz dumę z tego, że jest przy matce, służy pomocą i ma z nią bliski kontakt. Wielu nie da powiedzieć na swoją matkę złego słowa. Traktują ją jak osobę niemal nieskazitelną, wymagającą szczególnego szacunku. Czuliby się źle sami ze sobą, jeśli w ich głowie pojawiłaby się chociażby jedna zła myśl na jej temat.
To, o czym ci chłopcy nie wiedzą (a nie mogli tego wiedzieć jako dzieci; później, już jako dorośli, też żyją w błogiej nieświadomości, bo tylko taką relację z matką znają) to fakt, że matka nimi zwyczajnie manipuluje. Wiem, jak to brzmi, ale pozwólcie, że wyjaśnię, o co mi chodzi.
Mama, nieważne w jakich superlatywach byśmy o niej myśleli, jest tylko człowiekiem – i jest kobietą. Z tych dwóch powodów nie możemy traktować jej jako istoty idealnej i nieomylnej. Polega na tym proces dorastania dziecka – z wiekiem każdy z nas zaczyna rozumieć, że rodzice wcale nie znają odpowiedzi na nurtujące nas pytania o życie i nie wiedzą lepiej od nas, jak to życie przeżyć.
Świadomość ta z jednej strony przeraża, a z drugiej wyzwala. Wielu młodych ludzi właśnie dlatego nigdy nie chce opuścić rodziców, bo wygodniej im z myślą, że obok jest ktoś, kto wie lepiej. Za bardzo boją się stanąć na własnych nogach.
Matki dużo częściej niż ojcowie mieszają w głowach swoich dzieci.
Nawet przy braniu odpowiedzialności za siebie wciąż istnieje problem skrzywionego postrzegania rzeczywistości, skrzywionego przez rodziców (dlatego jednym z etapów dorastania jest zrzucenie z siebie wszystkich rodzicielskich zakazów i nakazów, by przekonać się na własnej skórze o ich słuszności). Matki mieszają w głowach dzieci dużo częściej, niż ojcowie. Z kilku powodów: (1) mają dużo większą władzę nad dziećmi i łatwo mogą to wykorzystać; (2) walka psychologiczna jest domeną kobiety (mężczyźni preferują bardziej otwarty, fizyczny konflikt); (3) spędzają z pociechami dużo więcej czasu.
Każda matka musi walczyć z pokusą zagarnięcia dzieci dla siebie. Mało która potrafi się jej oprzeć. Większość uczy dzieci swojego postrzegania świata, wmawia im własne uprzedzenia i miłostki, pragnie być traktowana jak najważniejsza osoba w ich życiu. To najczęściej stąd bierze się dziecięca niechęć do ojca – rodzice kłócą się, żona jest zła na męża i w swojej złości nastawia dzieci przeciwko niemu. A młody, kilkuletni chłopiec czy dziewczynka, wciąż zapatrzeni w matkę i spędzający z nią większość czasu, nie mają powodu jej nie wierzyć. W końcu to matka.
Bardzo często to żona jest powodem dystansu, jaki dzieli męża od jego dzieci.
Nienawiść, albo niechęć do ojca nie jest uczuciem dziecka. Najprawdopodobniej nauczyło się go ono od matki.
Kobieta wcale nie musi robić tego specjalnie (choć i to się zdarza). Ba, może w ogóle nie być świadoma konsekwencji swojego postępowania. Wystarczy tylko tyle, że matka żali się dzieciom na męża, robi z pociech powierników jej smutku. Wtedy tata w wyobraźni młodych ludzi bardzo szybko stanie się tym złym (bo mama na niego narzeka/jest przez niego smutna). Dzieci nigdy nie powinny zostawać powiernikami ani mediatorami problemów rodziców.
Ojciec też nie jest bez winy. Jeśli pozwala żonie przejąć całkowitą kontrolę nad wychowaniem dzieci, nie interesuje się tym, co robią i jak dorastają – i czego uczy je (co im wmawia) jego partnerka – to sam, jako rodzic, kopie sobie grób. W niedługim czasie między nim a pociechami urośnie taki dystans, że bardzo trudno będzie go nadrobić. Ojciec stanie się nie tylko obcy, ale również zły, niebezpieczny, a nawet straszny w oczach dzieci (bo przecież żaląca się im na niego mama nie mogła mówić nieprawdy).
Synowie (i córki), nawet już dorośli, którzy podchodzą z rezerwą do swoich ojców, albo otwarcie ich nienawidzą, nie zdają sobie sprawy, że większość (jeśli nie całość) negatywnych emocji, które do nich żywią, pochodzą (1) od matki, albo (2) z faktu, że zupełnie swoich ojców nie znają. Jednak najczęściej to mama uczy dzieci nienawidzić ojca – świadomie lub nie.
Synowie mamusi
Syn pozostający zbyt długo przy spódnicy matki może popaść w dwie skrajności: (1) stać się bardzo emocjonalnym, wręcz kobiecym w swoim postępowaniu lub zachowaniu; (2) kompensować swój brak męskości hipermęskością – być agresywnym, aroganckim, nie słuchać się nikogo, na każdym kroku starać się emanować siłą i wzbudzać strach w innych ludziach.
Zniewieściali mężczyźni
W pierwszym przypadku mamy do czynienia z tzw. zniewieściałym mężczyzną, o którym już nieraz pisałem. Jego zniewieściałość polega na tym, że przez całe młode życie otaczały go kobiety, wychowała go matka i nauczył się tylko tego, jak to jest być kobietą. Ani w młodym wieku, ani w okresie dorastania nie pojawił się na jego drodze żaden mężczyzna, który pokazałby mu, czym jest męskość. Nawet jakby się pojawił, to prawdopodobnie tego typu chłopak zwyczajnie bałby się go.
Zniewieściali mężczyźni to najczęściej mężczyźni wychowani przez samotną matkę, albo tacy posiadający słabego ojca. Tak słabego, że to żona była głową rodziny, ojciec co najwyżej jej sługą – albo po prostu został zepchnięty do roli dodatkowego mebla domowego.
Brak ojcowskiej miłości i troski bardzo często jest powodem chorobliwych prób zyskania aprobaty od innych mężczyzn. W skrajnych przypadkach owe próby mogą przerodzić się w poszukiwanie wśród nich miłości. Bardzo często homoseksualni mężczyźni dzielą wspólną historię: są bardzo blisko związani ze swoimi matkami i nienawidzą/nie znają/są w inny sposób oddaleni od ojców. Wedle niektórych teorii twierdzi się, że to, czego homoseksualny mężczyzna poszukuje wśród innych mężczyzn, to ojcowska miłość i bliskość, której nigdy nie doświadczył.
Hipermęscy mężczyźni
Gangsterzy, lowelasi, biznesmeni bez sumienia – to tylko trzy podstawowe przejawy hipermęskości. Bardzo kanonicznym i szeroko rozpoznawalnym przykładem tego typu mężczyzny jest macho.
Mężczyzna, który za młodu nie posiadł wiedzy o tym, co to męskość, jaki jest i jak postępuje prawdziwy mężczyzna, żyje w ciągłej niepewności. Nie wie, czy jest wystarczająco męski, czy powinien być bardziej. Nie zna żadnej miary, wedle której mógłby sprawdzić swoje postępy na drodze ku byciu mężczyzną. Szuka wszędzie wskazówek, a to, co znajdzie, stara się zaimplementować w życie.
Jeśli dowie się, że mężczyzna powinien być silny – uderzy na siłownię; jeśli dowie się, że mężczyzna powinien mieć wiele kobiet – będzie starał się je zdobyć; jeśli dowie się, że mężczyzna powinien być niebezpieczny – postara się wzbudzać strach; jeśli dowie się, że mężczyzna powinien być bogaty – zrobi wszystko, by zbić majątek; jeśli nauczy się męskości od kobiet – zostanie zniewieściałym mężczyzną.
Agresją czy uganianiem się za kobietami chłopcy próbują dowieść swojej męskości.
Gdy polegnie na którymś z wymienionych pól (albo na jeszcze innym), sam siebie uzna niemęskiego, znienawidzi i zechce zniszczyć.
Bardzo często agresywni mężczyźni, to mężczyźni mający problemy ze swoją męskością; tzw. lowelasi uganiający się za kobietami nie kochają tych kobiet, ale skrycie nienawidzą, tak jak skrycie nie cierpią swojej matki za to, że oddaliła ich od ojca; macho to mali chłopcy w ciałach dorosłych mężczyzn, którzy stroją się przed sobą w hipermęskie piórka.
Jest tak wielu mężczyzn osiągających sukcesy na różnych polach tylko dlatego, żeby skrycie wołać: „spójrz na mnie tato! Doceń mnie!”
Droga do ojca
Opuszczenie bezpiecznej przystani, jaką jest pozostawanie przy matce, nie każdemu przychodzi z łatwością. Ale nie ma na świecie zdrowego, dorosłego mężczyzny, który dobrze by się czuł pod jej skrzydłami.
Już sama natura wypycha nas do świata – przecież czujemy w sobie zew przygody, potrzebę niebezpieczeństwa, chcemy, żeby coś – cokolwiek – działo się wokół nas. Nigdy tego nie doświadczymy, kiedy mama dba o to, żeby nic nam się nie stało.
Dom ojca jest niebezpieczny. Przechodząc do niego, bierzemy na swoje barki odpowiedzialność za własne życie, wymóg podejmowania za siebie decyzji, wystawiamy się na cierpienia i niesprawiedliwości świata. W zamian otrzymujemy wolność, dorosłość, szansę bycia dumnym z samego siebie, zyskania szacunku nie tylko ojca, ale również innych ludzi, jeśli nam się powiedzie.
Dom ojca wymaga odpowiedzialności i dyscypliny. W zamian daje wolność i możliwość rozwoju.
Strach przed surowym obliczem ojca, strach przed niebezpieczeństwem czyhającym w jego domu, bardzo często zniechęca młodych mężczyzn. Bezpieczne ramię matki, zawsze gotowej zająć się nimi, wydaje się nagle cudownym miejscem. Nie wiedzą jedynie tego, że mama w zamian za swoją opiekę będzie stopniowo wysysała z nich życie.
Nie ma w tym żadnej magii, religii, ani mitologii. Jeśli oddajemy komuś władzę nad naszym życiem, stajemy się niewolnikami – w tym stanie trudno o jakikolwiek rozkwit, siłę, czy energię życiową. Mężczyźni pozostający przy matce do później dorosłości wyglądają i zachowują się, jakby już byli martwi, tylko czekają w ciałach na swój pogrzeb.
Dlatego, wedle tradycji, ojcowie siłą wyrywali swoich synów spod władzy matki i wprowadzali do swojego królestwa. Uczyli ich, jak być mężczyznami. Teraz już się tego nie praktykuje, młodzi chłopcy sami muszą przebyć tę trudną drogę.
Oby im się udało – inaczej stracą nie tylko własną tożsamość, ale i życie.
Uwagami, przemyśleniami albo osobistymi doświadczeniami w tym temacie możecie podzielić się w komentarzach. A jeśli uznaliście tekst za ciekawy i/lub pomocny, podzielcie się nim z przyjacielem, kumplem, znajomym, albo wpadnijcie na stronę facebook’ową bloga i polubcie moją twórczość.
Nic tak nie napędza do dalszej pracy, jak dobry feedback.
Kolejny tekst, który opiera się na skrajnej dychotomii – matka jest albo idealna, albo najgorsza z możliwych. Nic pomiędzy, żadnego, choćby najdrobniejszego niuansu. Moim zdaniem wypaczasz w ten sposób przekaz (skądinąd słuszny) który wypływa z Twoich tekstów.
Specjalnie przeczytałem tekst jeszcze raz i doszedłem do wniosku, że chyba czytaliśmy dwa różne teksty 😉
Gdzie tu skrajna dychotomia? Na początku przedstawiłem dwa skrajne oblicza macierzyństwa, ale później już o żadnych skrajnościach nie było mowy. Po prostu tłumaczyłem, jak to wygląda w życiu.
Ani razu podczas czytania nie odniosłem wrażenia, że matka może być wyłącznie święta lub wyłącznie zła.