Piekło to nie jakiś abstrakcyjny termin, nie mający większego znaczenia, ani miejsce, do którego można trafić po śmierci, tylko całkiem realny stan ludzkiego istnienia. Ziemskie piekło, bo o nim tutaj mowa, jest tak samo namacalne, jak pierwszy lepszy przedmiot, który możemy wziąć do ręki, tylko że – w przeciwieństwie do przedmiotu – je mierzymy nieco inaczej, niż za pomocą wagi czy linijki. Ziemskie piekło mierzymy własnym, szeroko pojętym cierpieniem. I chociaż może zabrzmieć to nad wyraz surowo, to po dłuższym zastanowieniu każdy powinien zauważyć prawdę w tym stwierdzeniu: lwią część tych cierpień człowiek sprowadza na siebie sam.
Piekło jest bardzo realne. I możemy je poczuć.
Oczywiście życiu towarzyszy pierwiastek losowy. Może przytrafić się nam tragedia, której nie jesteśmy autorami, ale dobre 90% nieprzyjemnych sytuacji i wynikających z nich problemów (a może i więcej) jest efektem naszych czynów. Gdybyśmy prześledzili krok po kroku, jak do czegoś doszło, prędzej czy później przekonalibyśmy się, że do któregoś etapu tej historii dołożyliśmy swoje trzy grosze (a często byliśmy głównymi prowodyrami sytuacji) – i teraz zbieramy żniwa. Nawet coś tak zaskakującego, jak śmiertelna choroba, zbyt często jest wynikiem decyzji, które człowiek podejmował na przestrzeni życia (i uwierzcie mi – nie mówię tego lekko).
Czasem nasze decyzje wpływają na nas tylko pośrednio, a w ich wyniku piekło spotyka innych ludzi: bliskich nam, dalszych, wielokrotnie zupełnych nieznajomych. Ale nie zmienia to faktu, że jesteśmy autorami własnego upadku. Jednak dlaczego? Dlaczego tak się dzieje, skoro człowiek ma „wolną wolę” i może wybrać swój los? Dlaczego nie mógłby wybrać dla siebie tego co najlepsze i robić wszystko, aby to osiągnąć?
W końcu jesteśmy panami samych siebie, prawda?
Prawda?
Wolna wola?
Zbyt często lubimy myśleć o sobie, że jesteśmy wolni i możemy sami decydować o naszej przyszłości. Nieważne, czy ma ona być świetlana, czy będziemy chcieli pójść ścieżką, która zniszczy nasze ciało, umysł i duszę. Jednak tutaj znowu powinniśmy sobie zadać pytanie: dlaczego racjonalna, inteligentna istota, którą jest człowiek, miałaby w ogóle zastanawiać się nad robieniem rzeczy nie służących jej zdrowiu ani pomyślnej przyszłości? (A co dopiero je robić!) Nie wydaje wam się to idiotyczne? Jaka inteligenta istota ŚWIADOMIE szkodziłaby sobie i innym?
A jednak człowiek robi to codziennie – podejmuje jawnie destrukcyjne decyzje; ma swoje nałogi i niedoskonałości; kłamie, oszukuje, wykorzystuje i zdradza innych (nawet tych, których podobno „kocha”). O co chodzi? Czy nie może po prostu zdecydować, że nie będzie tego więcej robił i koniec? Wygląda na to, że nie może. Wygląda na to, że nie jest aż tak wolny, jak mu się do tej pory wydawało.
Człowiek nie panuje nad sobą tak, jak mu się wydaje.
Prawda jest taka, że nie jesteśmy panami na własnym zamku, jak wielu próbuje nam wmówić. Kierują nami dużo potężniejsze siły, o których istnieniu często nie mamy pojęcia. Możemy nazywać je w różny sposób: demonami, traumami z przeszłości, popędami, nałogami, słabościami. To one wielokrotnie ciągną nas w miejsca, w których nasze prawdziwe ja w ogóle nie ma ochoty się znajdować. Przypomnijcie sobie ostatnią sytuację, kiedy przysięgaliście przed sobą, że czegoś już nigdy więcej nie zrobicie, by kilka dni lub tygodni później złapać się na tym, że znowu jesteście w tym samym miejscu.
Sami się tam znaleźliście, czy jednak „coś” was prowadziło? No właśnie. O tym czymś dzisiaj porozmawiamy.
Ślepota
Najprościej wyjaśnić tę sytuację za pomocą nałogu – to on kieruje uzależnionym, którego wolna wola jakimś cudem nie jest już taka „wolna”. Człowiek w stosunku do nałogu staje się niewolnikiem, służącym rzeczy, która nim rządzi. Nieważne, czy mówimy tu o alkoholu, narkotykach, nadmiernym jedzeniu, pornografii, seksie czy innych destrukcyjnych działaniach.
Ale sam nałóg to tylko powierzchnia, pierwsza warstwa skóry, pod którą kryje się prawdziwy problem – konflikt wewnętrzny, niepokój, stare żale, nienawiść i gniew. Zżerają one człowieka od środka. To są właśnie owe „demony”, każące robić mu rzeczy, których z własnej woli nigdy by nie robił. Nie chodzi tu tylko o nałogi, ale również o bardziej złożone decyzje, które zapędzają nas w kąt.
Kolega ostatnio opowiedział mi historię jego znajomego, dwudziestoparoletniego chłopaka, który związał się z 20 (dwadzieścia!) lat starszą kobietą, z dwójką dzieci. Ów chłopak zrobił jej trzecie i się z nią ożenił. „Jakby jeszcze ładna była, ale skąd – gruba jak świnia!” – skwitował mój kumpel.
Są rzeczy, które sprawiają, że jesteśmy ślepi, mimo oczywistej głupoty naszych czynów.
Jak ocenić działanie jego znajomego? Jak dla mnie jest on idealnym przykładem na to, jak zniszczyć sobie przyszłość. Dwadzieścia parę lat, całe życie przed nim, a on postanowił to wszystko zaprzepaścić dla jakiejś wiedźmy. Całkiem umyślnie używam słowa „wiedźma”, bo kobieta po czterdziestce, mająca dwójkę małych dzieci, dla których powinna być przykładem, a mimo to wiążąca się z kimś tak młodym, jest złą kobietą. Koniec kropka. Myśli tylko o sobie, a dzieci są w najlepszym razie na drugim, albo nawet trzecim miejscu.
Wróćmy jednak do tego chłopaka. Przecież każdy postronny, jeśli usłyszy tę historię, stwierdzi, że ten młody człowiek jest skończonym idiotą. Nie trzeba głębszej analizy, żeby uznać, że robi źle – prawda aż bije po oczach. Czy chłopak tego nie widzi? Nigdy o tym nie myślał? Nie żałuje? Nie. Jest niczym ślepiec, a jego konflikty wewnętrzne biorą go na przejażdżkę do piekła i z powrotem.
Nie ma nad sobą kontroli, tak samo jak kobieta, z którą postanowił się związać. Ale obydwoje (prawdopodobnie) będą żyli wystarczająco długo, żeby pożałować swoich decyzji. Miejmy nadzieję, że cierpienie (bo będą cierpieć na pewno!) w końcu otworzy im oczy.
I tylko tych lat życia szkoda, szczególnie jeśli chodzi o chłopaka. I dzieci tej kobiety – ich szkoda najbardziej.
Arogancja
Inna sprawa: ego (kobiety wiodą tutaj prym. Kobiece ego jest tak wielkie, że prędzej oskarżą faceta, swoich rodziców, świat, Boga, a nawet krzywo wiszący żyrandol, zanim przyznają się do własnego błędu). Ludzie wolą pozostawać ślepi, niż przyjąć bolesną prawdę. Chłopak z naszej historii jest zbyt przerażony, by obiektywnie zobaczyć, co robi. Zamiast tego woli wchodzić coraz głębiej w bagno – aż w końcu odetnie mu tlen.
Ego jest jednym z najpotężniejszych wrogów człowieka (inteligenci mają z nim szczególny problem). Potrafi bez mrugnięcia okiem zniszczyć cały świat, żeby tylko ono pozostało nienaruszone. Szepce nam do ucha: „ten jest taki, ta taka; a bo to jego/jej wina; gdyby nie on/ona” etc. W ten sposób blokuje jedyną drogę do zażegnania konfliktów i osiągnięcia spokoju wewnętrznego – pokorę.
Pokorę w znaczeniu wzięcia odpowiedzialności za własne czyny, przyznania się przed sobą do głupoty, niewiedzy, do swoich żali, złości i nienawiści, które chowamy głęboko – do bawienia się w boga i osądzania ludzi, mimo że sami nie jesteśmy lepsi. Ale żeby to zrobić, trzeba najpierw chcieć zobaczyć siebie, tak naprawdę – bez ego, starającego się upiększyć lub uzasadnić każdą słabostkę. To trudna sztuka.
Arogancja jest częstym czynnikiem cierpienia.
Bowiem wiele siedzących w nas „demonów” wynosimy jeszcze z dzieciństwa, a żeby się ich pozbyć, musimy wybaczyć rodzicom to, że nie byli wystarczająco dobrzy. To kolejny element pokory – nie chowaj urazy wobec złych ludzi, nie nienawidź ich. Oni bardzo często też nie potrafią się opanować, tak jak nie potrafiłeś opanować się ty.
Nie znaczy to, że nie powinniśmy zwracać im uwagi i akceptować niemoralne czyny. Bądźmy przeciw, ale nie angażujmy w to emocji. Emocje zawsze prowadzą do złych rozwiązań i rozbuchują problem do irracjonalnych rozmiarów. Dlatego człowiek (przede wszystkim mężczyzna) nie powinien być emocjonalny, czego jestem adwokatem.
Słyszeliście zapewne powiedzenie, że „duma kroczy przed upadkiem”. To prawda. Arogancja czyni człowieka równie ślepym, co jego złość i żale. Jest to powód, przez który cierpienie nie jest wcale takie złe – cierpienie to często jedyne lekarstwo, dzięki któremu człowiek może przejrzeć na oczy. Nie każdy jest w stanie to zrobić (wielu nie jest), ale tych kilku, którzy „zaczną widzieć”, otrzyma błogosławieństwo – możliwość naprawy swojego życia.
Odcinając się od przeszłości
A więc co powinien zrobić bohater naszej historyjki, który nie oderwał się od rodzonej mamusi, przez co znalazł sobie drugą w postaci ponad czterdziestoletniej kobiety? Otóż powinien przeprosić, że był tak słabym i żałosnym mężczyzną i dał się wciągnąć w ten związek, a następnie jak najszybciej odseparować się od niej (znaleźć osobne mieszkanie, ograniczyć kontakty, zacząć żyć, a nie cierpieć) i z wolnej już stopy zadbać o to, żeby ta kobieta nie zniszczyła życia ich jedynemu, wspólnemu dziecku.
Wszyscy znamy słynne „kochaj bliźniego jak siebie samego”. Problem polega jednak na tym, że ludzie nie kochają samych siebie (nasz bohater przykładem), a więc jak mają kochać innych? Jeśli w taki sam sposób, to ja dziękuję… (Zastanawiając się nad tym zagadnieniem, zawsze przychodzi mi do głowy kobieta z psem lub kotem. Zwykle dba ona o swojego zwierzaka, jakby ten był ósmym cudem świata, ale o siebie już nie bardzo.)
Przeszłość trzeba wybaczyć innym tak samo, jak sobie – tylko to daje szansę spokoju i jasności umysłu.
Więcej o wpływie matki na nasze życie
Więcej o wpływie ojca na nasze życie
Uwagami, przemyśleniami albo osobistymi doświadczeniami w tym temacie możecie podzielić się w komentarzach. A jeśli uznaliście tekst za ciekawy i/lub pomocny, podzielcie się nim z przyjacielem, kumplem, znajomym, albo wpadnijcie na stronę facebook’ową bloga i polubcie moją twórczość.
Nic tak nie napędza do dalszej pracy, jak dobry feedback.
Obraz Лечение Наркомании z Pixabay