Nowy rok rozpoczniemy od powrotu do tematu, który już od dłuższego czasu oczekuje na rozwinięcie. Pisałem już wstępnie w poprzednim wpisie o tym, dlaczego nie istnieje coś takiego, jak partnerstwo, więc tutaj nie będę się powtarzał i od razu przejdę do dalszej części tematu. A chciałbym go dzisiaj poruszyć z nieco innej perspektywy, mianowicie pokazać proces zakochiwania się chłopca (bo tych dzisiaj jest dużo więcej, niż mężczyzn).
Wyjście z domu
Dom, czyli dzisiejsza rodzina, w dużej mierze wygląda tak, że to matka rządzi życiem dzieci, swoim i męża, a ten ostatni, wracając z pracy, grzecznie przytakuje jej decyzjom. Może to tłumaczyć zmęczeniem, chęcią zachowania spokoju w domu, albo jeszcze czymś innym, ale prawda jest inna – boi się swojej kobiety. Czasem zdarzy się, że wybuchnie, kiedy po kolejnej tyradzie żony kończy mu się cierpliwość, ale koniec końców znów wchodzi pod pantofel.
Dzieci, dziewczynki i chłopcy, to obserwują i uczą się. Czego? Że kobiecie nie powinno się sprzeciwiać, a mężczyzna jest jedynie jakimś – słabo przez dzieci rozumianym – pomocnikiem mamy. Co w tym dziwnego, skoro matka z dziećmi przebywa, matka uczy, matka dba o wszystko i wszystkich, a ojciec spędza czas z dziećmi tylko o tyle, o ile może, i w taki sposób, na jaki pozwala jego żona. Same dzieci również nie do końca za tymi momentami przepadają, bo matka pewnie już zaczęła uczyć je niechęci do taty.
W tym momencie przechodzimy do syna, czyli naszego chłopca. Musimy uświadomić sobie kilka rzeczy, które z powodu wyżej wymienionych dzieją się w jego głowie. Spędził większość życia z matką i to ona wszystkiego go nauczyła, z ojcem miał kontakt słaby i nie czuł się przy nim za dobrze. Poza tym obserwując relację ojciec-matka nauczył się jednej rzeczy: mężczyzna (ojciec), którym chłopak sam ma się stać, jest zależny od kobiety, daje sobie wejść na głowę, pozwala jej o wszystkim decydować, a robiąc to wszystko wygląda dosyć żałośnie. Kobieta (matka) jest znowu tą cudowną, dbającą o wszystko i opiekującą się wszystkimi, nieomylną istotą. Taki obraz rodziny wystarczy, by wychodząc do świata chłopiec miał przeświadczenie o ułomności swojej męskości i czuł się zagubiony.
Rodzice pierwsi uczą chłopca, by wstydził się męskości.
Przeskoczmy teraz w dorosłe życie. Chłopak jest pełnoletni, wie wszystko o kobietach i jak kobiety się czują, bo sam zachowuje się jak kobieta (natura matki przeszła na niego). Wie, że z definicji jest mężczyzną, ale męskości nie zna i jej nie rozumie, bo nie było nikogo, kto by go o niej nauczył (nawet gdyby ojciec próbował, pozostający pod wpływem matki chłopak broniłby się przed tym rękami i nogami). Spotykając na swojej drodze kobiety, będzie je uważał za cudowne istoty i albo zechce im się przypochlebiać, albo z zazdrości, że sam jest „tylko” mężczyzną, będzie próbował je wykorzystywać.
Chłopak nie ma pojęcia, że nie przepracowując tego, co wyniósł z domu, będzie powtarzał błędne koło w całkowitej nieświadomości. Zakocha się, kobieta stanie się jego całym światem. Aby ją zadowolić i utrzymać przy sobie, ergo udowodnić, że na nią zasługuje, będzie próbował spełniać każdą jej zachciankę. Będzie szukał u niej pseudo-matczynej miłości, której największy wyraz znajdzie w seksie – dla niego będzie wyczyniał wszystkie te rzeczy. Gdyby tylko wiedział, że to miłości ojca tak naprawdę mu brakuje…
Nowa rodzina, nowe "partnerstwo"
Teraz chłopiec jest już w związku, może nawet się ożenił. O małżeństwie wie tyle, że on powinien zarabiać, najlepiej dużo, a żona zajmie się resztą. W końcu nie ma sensu się jej przeciwstawiać – jest kobietą, a kobiety są lepsze od mężczyzn (taką naukę nosi w sobie od dziecka). Jasne, może w niektórych przypadkach stanie się osobą decyzyjną, ale tylko wtedy, gdy żona w oczywisty sposób powie, żeby on się czymś zajął. Zadowolony, że dostał wolną rękę, przez chwilę może „poczuć się jak mężczyzna”, bo kobieta go doceniła (oczywiście jest to z góry błędne poczucie męskości).
Taki chłopiec-mąż nie wie, że jest nawinięty na palec jak nitka, a pętla z każdym dniem zaciska się wokół niego coraz bardziej. Jest zaskoczony i zdziwiony, że druga połówka się na niego wydziera i „strzela fochy”, kiedy on przecież stara się robić wszystko, by była szczęśliwa. Problem polega na tym, że kobieta nigdy nie będzie szczęśliwa przy słabym mężczyźnie – im bardziej będzie sobie uświadamiała jego słabość, tym bardziej będzie nim gardzić. Z biegiem lat ta pogarda przerodzi się w nienawiść, a on nie będzie miał pojęcia, o co chodzi. Jego „chęć zachowania spokoju w domu”, której nauczył się od swojego taty, koniec końców zaprowadzi go do piekła, bo wciągnie go tam własna żona.
Dzieci, jeśli takowe będą mieli, nauczą się tego samego przed wyjściem w dorosłość, czego nauczył się on sam i jego bracia/siostry. Błędny krąg rozpocznie się od nowa.
Dlaczego partnerstwo nie istnieje?
W poprzedzającym wpisie zaznaczałem już, że nie ma równości – ktoś zawsze dominuje. Zarówno biznesy, jak i związki, w których próbuje rządzić kilka stron, szybko się rozpadają. Jednak w przypadku związków sprawa jest o tyle prostsza, że rola lidera naturalnie należy do mężczyzny i tylko w przypadku, który opisujemy w tym tekście (czyli gdy mężczyzna jest słaby), odstąpi on tę rolę kobiecie. Niejednokrotnie powtarzałem, jaki jest tego efekt – ani on, ani ona nie będą z tego zadowoleni.
Rozumiem, że ego kobiety od razu mówi: „no gdzie, chyba nie dasz sobą rządzić jakiemuś żałosnemu mężczyźnie” – i tak najczęściej będą myślały te z kobiet, które miały podobną sytuację w domu, czyli nie miały dobrego kontaktu z ojcem. Nawet te normalniejsze, doceniające męską rolę w życiu i rodzinie, bardzo często naskakują na swoich mężów bez uprzedzenia. Często robią to tylko po to, by go sprawdzić.
Niejednej kobiety miałem okazję w życiu posłuchać i to, co było dla mnie, jako mężczyzny, najbardziej zaskakujące, to to, że przyznawały się do ataków agresji powstałych tylko w jednym celu. Chciały dzięki nim sprawdzić, czy mąż ma w sobie wystarczająco dużo siły, by się im przeciwstawić. Biada temu, kto w takiej sytuacji woli ustąpić – zrobi tak jeszcze kilka razy i całkiem straci resztki szacunku, które kobieta do niego miała. Mężczyzna oczywiście nie powinien dać się porwać emocjonalnemu dramatowi tworzonemu przez kobietę, bo wtedy ona wygrywa. Powinien w spokoju obstawać przy swoim, ewentualnie pomóc jej zapanować nad emocjami.
Partnerstwo to kłamstwo - zawsze ktoś ma ostatnie słowo.
Rodzinne przywództwo mężczyzny ma również inne plusy, z których czerpie i kobieta, i (a może przede wszystkim) dzieci. Mężczyzna (jeśli żyje w zgodzie ze swoją męskością) nie daje się porywać emocjom, myśli logicznie i robi to, co słuszne – takie same nauki przekaże swoim dzieciom. Kobieta natomiast, funkcjonując w emocjonalnym piekle (w zależności od danej osoby może dać się bardziej porywać emocjom, albo mniej), nie będzie w stanie podejmować słusznych decyzji – to samo piekło emocjonalne przekaże również dzieciom. Zastanówmy się – ile decyzji podjętych w emocjach okazało się z czasem słusznymi decyzjami? Niewiele, jeśli miałbym odpowiedzieć.
Poza tym wciąż pozostaje przekazanie jak najlepszego przykładu dzieciom. A czy może być lepszy przykład, niż męski ojciec i kobieca matka? Czy naprawdę ktoś uważa, że zamiana ról wpłynie pozytywnie na psychikę, a w rezultacie dorosłe życie dziecka? Czy naprawdę ktoś uważa, że chłopiec może stać się mężczyzną przy matce? Ojcowie – naprawdę – zajmijcie się waszymi dziećmi, bo żony sobie same nie radzą.
No i finalnie wróćmy jeszcze do kobiety. Czy dla kobiety może istnieć większe szczęście niż możliwość bycia kobietą przy boku mężczyzny – nie dorosłego chłopca, ale mężczyzny? Zadaję to pytanie dlatego, że coraz częściej obserwuję kobiety, które próbują udawać mężczyzn, i mężczyzn, którym w ogóle nie przeszkadza bycie emocjonalnymi i drażliwymi jak kobiety. Jest to spowodowane niczym innym, jak tylko słabością współczesnych facetów.
Miejmy w pamięci, że kobieta zawsze będzie podążała za silnym mężczyzną, którego szanuje, a słabego będzie nienawidzić całym sercem. Wyssie z niego wszystko, co się da, aby na końcu puścić go z kwitkiem i poszukać sobie kogoś bardziej męskiego.
Partnerstwo to tylko inne określenie słabości
Mężczyźni nie wiedzą, na co się piszą, robiąc sobie z kobiet boginie. Próbują zasłużyć sobie na ich miłość, a w zamian otrzymują nienawiść. A niech no któryś wyskoczy ze swojej roli i spróbuje „być mężczyzną” bez pozwolenia żony, to dopiero przekona się, co to znaczy kobiecy gniew. Kobieta – ni mniej ni więcej – dostaje szału, kiedy zaczyna odczuwać, że traci kontrolę nad raz usidlonym chłopem.
Nie musicie wierzyć mi na słowo. Obserwujcie to, co dzieje się wokół was, a sami przekonacie się o tym, co mówię. Nie ma partnerstwa, jest tylko i wyłącznie męska słabość i niezdolność do pełnienia swojej roli.
Uwagami, przemyśleniami albo osobistymi doświadczeniami w tym temacie możecie podzielić się w komentarzach. A jeśli uznaliście tekst za ciekawy i/lub pomocny, podzielcie się nim z przyjacielem, kumplem, znajomym, albo wpadnijcie na stronę facebook’ową bloga i polubcie moją twórczość.
Nic tak nie napędza do dalszej pracy, jak dobry feedback.