Nasz świat jest skonstruowany tak, by nagradzać osoby cechujące się pewnością siebie. Więcej: my, ludzie, nasza biologiczna budowa, każe nam lgnąć do pewnych siebie osobników. Podziwiamy ich, chcemy być z nimi kojarzeni, a co najważniejsze: poprzez przebywanie w pobliżu próbujemy nauczyć się tej trudnej sztuki.
W dzisiejszym świecie mamy cały legion coachów i mówców motywacyjnych, którzy są bardziej niż skorzy pomóc nam w naszych staraniach. Ale ile ich interwencja jest warta? Obawiam się, że niewiele, bo po początkowym uniesieniu i poczuciu, że możemy wszystko, większość z nas zjeżdża z powrotem do swojej nory.
Dlaczego tak się dzieje?
Bo pewność siebie jest bardzo kruchym przedsięwzięciem. Mogliśmy poświęcić szmat cennego czasu na zbudowanie jej, a wciąż potrafi skruszyć się w ułamku sekundy, gdy czyjś przytyk lub zła wola wystawi nas na pośmiewisko, albo gdy sami się ośmieszymy. Wyparuje jak wczorajszy sen, gdy na naszej drodze stanie ktoś, kto w oczywisty sposób wydaje się być lepszy od nas.
I buduj, człowieku, tę swoją cholerną samoocenę od nowa.
Wstyd to najlepszy morderca pewności siebie. Wstyd to również powód, dla którego wielu poszło w skrajność, uznając: „jeśli się go pozbędziemy, będziemy nie do zatrzymania”. Muszę oddać trochę honoru tej myśli, bo poniekąd jest ona prawdziwa. Zabijając w sobie wstyd albo nie słuchając się tego, co ma ci do powiedzenia, możesz robić dosłownie wszystko.
Ale jednocześnie ryzykujesz, że staniesz się skończonym kretynem.
Mężczyzna musi udowodnić sobie, że jest w stanie się utrzymać i zapanować nad własnym życiem.
Bezrefleksyjna pewność siebie jest po prostu głupotą. Wpychasz wszystkim do gardła swoją osobę, zupełnie nie zważając na to, co drugi człowiek o tym myśli, i – co może jeszcze gorsze – bez zastanowienia nad swoimi słabościami, ułomnościami, wadami. Wyparłeś je tak samo, jak wyparłeś swój wstyd.
Alkoholik na rauszu też jest pewny siebie, ale to raczej nie ten typ wysokiej samooceny, którą chciałbyś zaadaptować do własnego życia (mam nadzieję, że się w tym względzie nie mylę ;)).
Innymi słowy: wysoka pewność siebie, która nie ma oparcia w rzeczywistych dokonaniach, jest pusta – tak samo jak człowiek próbujący się nią szczycić. Wystarczy jedna osoba, która nie da się nabrać i przejrzy tworzoną przez niego iluzję. Zwykle kończy się to albo agresją albo ucieczką.
Podsumowując: możesz nastroszyć się jak kogut i mieć nadzieję, że wszyscy uwierzą w twoje kolorowe piórka, albo wybrać drogę trudniejszą, bardziej czasochłonną, ale dającą lepsze rezultaty. Możesz zbudować fundament własnego charakteru, który w przeciwieństwie do wysokiej i pustej samooceny, będzie trwały i utrzyma cię w całości, kiedy nadejdzie sztorm.
Gdy stoi za tobą przeszłość obfitująca w doświadczenie, osobiste osiągnięcia i ludzi, którzy są ci wdzięczni albo po prostu lubią cię i szanują, nie potrzebujesz piórek. Będziesz błyszczał tym, co zrobiłeś, nie tym, co próbujesz wmówić innym.
Darząc samego siebie szacunkiem, uodparniasz się na zewnętrzne siły. Nie ważne, czy mówimy o nieprzychylnych ludziach, losowych okolicznościach, albo twoim wewnętrznym krytyku (ten potrafi być najokrutniejszy). Mając własny szacunek, nie zboczysz ze ścieżki – i choć pokusy atakujące cię z każdej strony nic nie stracą ze swojej mocy, ty będziesz na tyle silny, by móc powiedzieć im „nie”.
Zainteresowani taką zmianą? Jeśli tak, to przyjrzyjmy się bliżej obydwu wymienionym i opisanym wstępnie drogom.
Pewność siebie (wysoka samoocena)
Jest trochę prawdy w tym, że kto najgłośniej krzyczy, dostaje najwięcej jedzenia. Ale istnieje też druga strona medalu. Kto najgłośniej krzyczy, wystawia się na atak – więc jeśli zamierzasz być tym kimś, upewnij się, że jesteś w stanie zdzierżyć presję (i ewentualne problemy, które mogą z nią nadejść).
Wśród różnej maści coachów, a w szczególności pośród mężczyzn, pięknie określających samych siebie „artystami podrywu”, dobrze znana jest maksyma: udawaj, póki tego nie osiągniesz (z ang. fake it until you make it). Kierując się nią możesz odnieść jakieś sukcesy (w kontaktach między płciowych sprawdza się do pewnego stopnia, bo zwyczajnie oszukujesz nieznajomą, która nic o tobie nie wie), tak jak osoba z natury pewna siebie może cieszyć się pewnymi sukcesami.
Ale na którymś etapie życia uświadomisz sobie, że gdy ty udawałeś sukces, inni na niego ciężko pracowali. Efekt? Kończysz ze swoją pustą pewnością siebie, kiedy ktoś rozsądniejszy poświęcał czas, budując sobie kawałek wymarzonego świata.
Udawanie jest czymś z gruntu złym, jest kłamstwem. To dlatego, jeśli kogoś na nim przyłapujemy, z automatu traci w naszych oczach – a jeśli stajemy się ofiarą w ten sposób roztaczanego kłamstwa, w przeciągu sekundy potrafimy znienawidzić osobę, która nas nabrała.
Nie próbuję tutaj nikogo namówić, żeby nagle stał się osobowościowym transwestytą i na dzień dobry dzielił z każdym swoimi wadami i ułomnościami. Tak raczej nie znajdziecie sobie kobiety. Ale znowu zdobywając ją kłamstwem, nie utrzymacie jej przy swoim boku.
A więc, jeśli nie udawać, to może nauczyć się pewności siebie?
Droga dobra dla ludzi, którzy, mimo że w miarę usatysfakcjonowani swoim życiem, wciąż cierpią na niską samoocenę (powody mogą być różne: depresja, zajadły wewnętrzny krytyk, wyniesione z dzieciństwa poczucie niskiej wartości, etc.). Jeśli nie należysz do tej grupy, ostatecznie skończysz jak w pierwszym przypadku – będziesz udawał kogoś, kim nie jesteś.
Nauka pewności siebie, kiedy nie ma żadnego fundamentu, na którym można by ją oprzeć, prędzej czy później pójdzie w diabły. Twoje życie rozwarstwi się na dwie rzeczywistości: wśród ludzi będziesz istnym lwem salonowym, na którego zawsze kierowane są światła reflektorów, a w domu ponurym osłem, skrycie nienawidzącym siebie, swojego otoczenia i zapewne tych samych ludzi, których jeszcze niedawno bawiłeś swoją obecnością.
Na dodatek prędzej czy później wyhodujesz paranoję, obawiając się, czy ktoś czasem nie przejrzał przez twoje misterne szarady.
Wysoka pewność siebie, która nie ma oparcia w rzeczywistych dokonaniach, jest pusta – tak samo jak człowiek próbujący się nią szczycić.
A może da się jeszcze inaczej? Może po prostu zaakceptować samego siebie takim, jakim się jest i wtedy znikną powody do wstydu – w końcu kochasz tego dziwnego osobnika, noszącego twoje imię i nazwisko?
Przecież ludzie nie bez powodu mówią: „bądź sobą”, „nie wstydź się tego, kim jesteś”, „zaakceptuj swoje wady i zalety”, „nie daj sobie wmówić, że jesteś niewystarczający, albo że czegoś ci brakuje”. Toż to piękne rady, prawda? Słyszeliśmy je tyle razy, że większość z nas jest gotowa uznać je za prawdę objawioną.
A co, jeśli powiem, że nie? Co, jeśli tego typu poglądy są żałosne (dlatego, że poważnie szkodzą ludziom, którzy ich słuchają)?
Jeśli wyobrazimy sobie młodego faceta, którego całym życiem są używki i spędzanie wolnego czasu na graniu na konsoli, mu też powiemy, żeby był sobą? Że gdzieś na jego drodze stanie w końcu dziewczyna, która wyciągnie go z tego bagna? Może posłucha, bo takie rady nie wymagają z jego strony jakiejkolwiek pracy nad sobą, ale nie sądzę, żeby w głębi duszy w to wierzył (swoją drogą: upatrywanie zbawienia w kobiecie jest kolejnym z wielu błędów, które popełniają współcześni mężczyźni).
Oglądałem niedawno wywiad z dwudziestoparolatkiem, który narzekał, że nie potrafi sobie znaleźć dziewczyny. Wymyślał kolejne wyszukane powody tłumaczące, dlaczego tak się dzieje. Był gruby, bezrobotny, mieszkał u rodziców i nie miał prawa jazdy.
– Nie potrafisz zdobyć prawa jazdy i narzekasz na to, że nie możesz znaleźć sobie dziewczyny? – zapytał go rozmówca.
Chłopak uśmiechnął się nerwowo.
– No, tak – przyznał.
Jemu też powiemy, żeby zaakceptował siebie takim, jaki jest? Żeby był sobą, a wszystko się ułoży?
Równie dobrze moglibyśmy wcisnąć mu w usta smoczek i założyć pampers. Ale – w przeciwieństwie do noworodka – otyły dwudziestoparolatek wyglądałby obrzydliwie w takim stroju.
Nie. Nie radźmy ludziom, żeby zaakceptowali samych siebie takich, jakimi są. Oni sami podświadomie nie chcą się zaakceptować, więc co – będziemy im wciskać w usta samozadowolenie, aż nim zwymiotują?
Niech nie wystarcza ci to, kim jesteś teraz. Z jednego, prostego powodu: możesz być silniejszy, mądrzejszy, zdrowszy, zdolniejszy, bogatszy, itp. – tylko włóż w siebie trochę wysiłku.
Nie poświęcaj swojego potencjału dla głupiej akceptacji aktualnego ciebie. To błąd. Mówi o tym stare jak świat powiedzenie: „kto stoi w miejscu, ten się cofa”.
No dobra, ale co w takim razie powinniśmy robić?
Szacunek do siebie
W jednym z poprzednich wpisów poruszałem temat dążenia do doskonałości, jako jedynej słusznej drogi przez życie.
Domyślam się, że pomysł „dążenia do doskonałości” może brzmieć nieprzystępnie, szczególnie wtedy, gdy poprzez niego wyobrażamy sobie idealnego człowieka, który robi wszystko perfekcyjnie.
Ale to tak, jakbyśmy spojrzeli na metę i potem porównaliśmy, ile jeszcze nam do niej brakuje. Odpowiedź może przerazić i zniechęcić każdego.
Proponuję inne podejście: mając swoją metę w pamięci, wróćmy na start i najzwyczajniej w świecie zacznijmy iść w jej kierunku. Nikt nie każe nam przebyć podróży od zera do bohatera w jeden dzień. Nikt też nie mówi, że droga będzie łatwa i przyjemna – ale mogę obiecać jedno: będzie tysiąc razy bardziej satysfakcjonująca, niż tkwienie na starcie i narzekanie na wszystko wokoło.
Wedle jednej z myśli J. Petersona: porównuj się do tego, kim byłeś wczoraj, nie do tego, kim ktoś inny jest dzisiaj. Innymi słowy: postaraj się być trochę lepszy każdego dnia. I nie oczekuj cudów, przynajmniej nie na początku.
Wykonaj niezbędną pracę, aby wydostać się z miejsca zatracenia. Nawet jeśli miałbyś zacząć od tak podstawowych rzeczy, jak posprzątanie pokoju, czy zrzucenie paru kilo.
Świadomość tego, że jesteś w stanie zapanować nad własnym życiem, świadomość samowystarczalności, jest niezwykle ważna – szczególnie dla mężczyzny. Facet musi wiedzieć, że jest w stanie utrzymać siebie i własne otoczenie w ryzach, z tego czerpie poczucie własnej wartości. Więc nie siedź na dupie, wykonaj niezbędną pracę i udowodnij – nie tyle innym, co samemu sobie – że masz wystarczająco siły, by poukładać swoje życie. Dobrze jest wiedzieć, że się to potrafi, zanim przyjdzie nam założyć rodzinę, czyli wziąć odpowiedzialność nie tylko za siebie, ale także za innych.
Mając własny szacunek, nie zboczysz ze ścieżki – i choć pokusy atakujące cię z każdej strony nic nie stracą ze swojej mocy, ty będziesz na tyle silny, by móc powiedzieć im „nie”.
Może wtedy nabierzesz trochę szacunku do własnego ja. Może kiedy zobaczysz, że potrafisz zapanować nad najbliższym otoczeniem, będziesz śmielej stawiał czoła temu, co leży trochę dalej. Zbudujesz fundament, którego nie da się tak łatwo zdmuchnąć – a na nim zacznie rosnąć pewność siebie, nie tak krucha i fałszywa dzięki wykonanej przez ciebie pracy.
Tutaj jest pies pogrzebany – w pracy. Ludzie nie chcą wysiłku, poszukują łatwych rozwiązań, cudownej recepty, która niczym magia rozwiąże wszystkie problemy. Niestety, tak się nie da. Łatwe rozwiązania prowadzą do niezadowalających wyników.
Wróćmy do wspomnianego przeze mnie wcześniej chłopaka. Co by się stało, gdyby poświęcił trochę wygody i bezpieczeństwa, zrobił prawo jazdy, znalazł pracę, wyprowadził się z domu, zrzucił trochę wagi?
Na pewno nie miałby tyle czasu na narzekanie na kobiety w internecie ;). I na sto procent zwiększyłaby się jego atrakcyjność w oczach potencjalnych partnerek – z niedojrzałego, siedzącego na garnuszku rodziców chłopca stałby się kimś, kto mniej lub bardziej przypomina mężczyznę.
Wedle starego żartu:
Jaka jest pierwsza rzecz, o którą kobietę pytają koleżanki, kiedy wraca z randki?
– Czym ten mężczyzna się zajmuje?
Jaka jest pierwsza rzecz, o którą mężczyznę pytają kumple, kiedy wraca z randki?
– Jak ta kobieta wygląda?
Z biologią nie wygramy i uwierz mi: prędzej czy później zostaniesz zapytany, czym się zajmujesz. Nie ma na świecie mężczyzny, który z dumą powiedziałby, że jest bezrobotny.
Wykonaj niezbędną pracę, pokonaj złe nawyki, zadbaj o siebie i swoje otoczenie – cholera, udowodnij sobie, że jesteś na tyle silny, żeby wziąć życie za rogi. Gwarantuję ci, że jesteś, mimo że sam możesz nie być tego świadom.
Ja jeszcze dwa, trzy lata temu postukałbym się w głowę, gdyby ktoś powiedział mi, że będę w stanie większość dnia poświęcać na pracę – ale tak się dzieje. Stałem się zupełnie innym, lepszym człowiekiem. Poświęciłem wiele miesięcy na wyrobienie w sobie dyscypliny, ale potencjał już we mnie był – siła tkwiła gdzieś tam w środku, oczekując, aż ją wreszcie odnajdę.
Skoro ja mogłem, to ty też.
No więc, jak to w końcu jest? Pewność siebie czy szacunek do siebie?
Jeśli miałbyś postawić na jedno z dwóch, postaw na szacunek do siebie. Zbudowany dzięki pracy i poświęceniom da ci coś wyjątkowego – wewnętrzny spokój. „Fakty mówią same za siebie” jak często mawiamy, a więc pozwól, by fakty na temat twoich osobistych osiągnięć mogły być fundamentem, który podtrzyma cię w chwilach największych słabości.
„Są ludzie z kamienia, którzy wiecznie będą trwać” – śpiewała Maryla Rodowicz. Dzięki szacunkowi do siebie staniesz się jednym z nich.
To powiedziawszy zaznaczam, że nie chciałbym tutaj zabrzmieć jak ktoś mówiący: „pewność siebie nie ma znaczenia”. Ma, czasem spore. Możesz być najszlachetniejszym, najmądrzejszym, najzdolniejszym człowiekiem na świecie – i przez całe życie pozostać w cieniu tych, którzy krzyczą głośniej od ciebie.
To potrafi być irytujące, więc jeśli nie chcesz zacząć narzekać na niesprawiedliwość i zawiścić tym, którym idzie lepiej od ciebie, lepiej „wyhoduj sobie jaja”. Musisz potrafić działać, negocjować i kłócić się w swoim imieniu. Musisz posiadać jakieś pokłady pewności siebie.
Dużo o nie łatwiej, kiedy masz rzeczywiste powody do wysokiej samooceny.
Jednak gdy z natury jesteś ugodowy, nawet sukcesy mogą nie być wystarczające do stawiana czoła innym ludziom. Wtedy nie ma zmiłuj – będziesz musiał dodatkowo nauczyć się „być drapieżnikiem”. Wtedy coś w rodzaju kursu pewności siebie może być dobrym wyborem.
Ale nie na odwrót.
Pewność siebie bez solidnego fundamentu zbudowanego na szacunku do siebie jest fałszywa i pusta – i sypie się jak domek z kart.
A więc rozwiąż swoje problemy, jeden po drugim, odkryj, ile tak naprawdę jest w tobie siły, „naostrz kły” i podbij kawałek świata. Dla siebie, swojej partnerki i ewentualnej rodziny.
Jeśli tekst przypadł Ci do gustu, podziel się przemyśleniami w komentarzach, poleć go znajomym, na fb albo w innych social mediach – może komuś pomoże w wyjątkowo paskudnym okresie życia, albo doda siły do dalszej walki.
Ja już się żegnam. Jak zwykle:
Do przeczytania za tydzień!
Photo on Foter.com
To już trzeci mój komentarz na Twoim blogu, w którym kolejny raz chcę zwrócić Twoją uwagę na nadmierną generalizację którą stosujesz w większości swoich tekstów. Bez pokochania samego siebie nie ma możliwości zmiany – od tego ona się rozpoczyna. W przeciwnym wypadku stanie się to co opisałeś – nasza pewność siebie będzie nietrwała i nieutwierdzona. Ale trudno mówić o zmianie, gdy nienawidzi się samego siebie – zmiana polega, owszem, na pozostawieniu przeszłości, ale nie likwidacji, czy unicestwieniu jej. W ten sposób unieważniamy znaczną część samego siebie, swojej historii i przebytej drogi. Drogi, która bądź co bądź doprowadziła nas w miejsce w którym się znajdujemy.
Dzięki za aktywność
Masz rację, że człowiek, który nienawidzi samego siebie, nie będzie chciał żadnej zmiany. Ba! Taki osobnik lubi cierpieć, a potem użalać się nad sobą.
Zwykle to, co ktoś robi na zewnątrz, jest tylko odbiciem tego, co dzieje się wewnątrz.
Mimo że dziś, 3 lata później, napisałbym ten tekst nieco inaczej (chociaż dalej jest całkiem niezły), nie widzę w nim generalizacji. To nie jest rozprawa naukowa, która stara się ugryźć temat z każdej strony, tylko — jak w tytule — porównanie pewności siebie i szacunku do siebie.
Jeśli zaś chodzi o pokochanie samego siebie, to trudna sztuka. Prawdziwa miłość nie jest wybiórcza, więc jeśli ktoś kocha siebie, z automatu kocha też innych ludzi.
Nie wiem, jak u Ciebie z religią, ale takiej miłości możemy nauczyć się wyłącznie od Boga