Pora (jak obiecałem w poprzednim wpisie) wziąć się za rogi z bykiem feminizmu – feminizmu już nie w ogóle i całościowo, ale w jego bardzo konkretnym przejawie, czyli tekście: „Czego współczesny mężczyzna nie wie o współczesnej kobiecie?” autorstwa niejakiej Malwiny Pe.
Zapnijcie pasy, bo będzie trzęsło. Zacznijmy od wstępu (wszystkie przytoczone cytaty, jak i śródtytuły, bez ingerencji mojej, pochodzą z tekstu blogerki).
Przyzwyczajeni do totalnego uprzywilejowania, nie potraficie odnaleźć się w świecie, w którym kobiety stają się coraz bardziej samowystarczalne i niezależne od Was, a tym samym… cóż, wyzwolone. – Jak widać, zaczynamy dosyć standardowo (jeśli chodzi o tekst feministyczny): kobiety są dzisiaj takie niezależne, silne i wyzwolone, a ci fajtłapowaci faceci nie mają pojęcia, jak poradzić sobie z tym problemem. Już do końca wstępu trwa podobna litania, próbująca udowodnić, jakie to kobiety były przez całą historię uciskane i biedne, a mężczyźni uprzywilejowani.
Inną sprawą jest to, że kobiety dzisiaj wcale nie są takie niezależne i silne – po prostu wydają się takimi w kontraście do mężczyzn, którzy stali się strasznie słabi.
Jednak pomówmy chwilę o tym domniemanym ucisku, zanim przejdziemy dalej.
Zacznijmy od początku, czyli od czasów minionych. Mit o tym, jak to kobiety miały się źle, a mężczyźni opływali w przywileje i dostatek, można włożyć między bajki. Jasne, cały odsetek ludzkości sprawujący władzę (czyli jakiś 1%, a może i mniej) był płci męskiej – ale żeby wyciągać stąd wniosek, że mężczyźni (jako ogół) władali światem… To tak, jakbym wyrobił sobie zdanie o wszystkich samochodach, jeżdżąc tylko i wyłącznie najnowszym Mercedesem. Oczywiście miałbym trochę racji – cały 1%
Bo, pomijając królów, bogaczy i przywódców różnej maści (wojennych, religijnych, itp.), kim byli pozostali mężczyźni? Zwykłymi, szarymi ludźmi, których uciskano tak samo, a może nawet gorzej, niż ich kobiety.
Przez całą historię 99% mężczyzn było zwykłymi, szarymi ludźmi, których uciskano tak samo, a może nawet gorzej, niż ich kobiety.
W ogóle kto wpadł na ten durny pomysł, że mężczyzna, jako głowa rodziny, mógł robić i robił z żoną wszystko, co mu się żywnie podobało? Czyżby wszyscy mężczyźni byli psychopatycznymi sadystami? Albo żądnymi władzy potworami, którzy pastwili się na biednych kobietach? Jak głupim trzeba być, żeby wysuwać takie teorie?
Przeciętny mężczyzna z przeciętną kobietą od zarania dziejów łączył się w parę/zakładał rodzinę nie po to, żeby mieć się na kim znęcać, tylko dlatego, że w dwójkę łatwiej było znosić trudy życia!
To nie tak, że mężczyzna siedział na swoim tronie i czekał, aż będzie obsłużony, a jeśli nie, to niech Bóg się zmiłuje nad żoną. Mężczyzna cały dzień harował dla swojego pana, albo dla utrzymania rodziny! Jedyna różnica polegała na tym, że on harował w pracy, a jego żona w domu – i we dwójkę jakoś łączyli koniec z końcem, udawało im się odchować dzieci. Do tego kobieta była praktycznie uzależniona od męskiej opieki, gdyż ciąża była dla niej olbrzymim zagrożeniem przed czasami łatwej antykoncepcji i rozwiniętej medycyny – bez pomocy męża prawdopodobnie by jej nie przeżyła (a i z jego opieką często się to nie udawało).
I naprawdę jakaś współczesna kobieta może myśleć, że te dawne pary miały czas na wojowanie ze sobą? Na męską dominację nad kobietą? Kiedy, jeśli przez większość dnia obydwoje byli zajęci odganianiem biedy spod drzwi ich domu?
Oczywiście, mogły się zdarzyć rodziny, w których mąż znęcał się nad żoną. Tak samo, jak mogły zachodzić przypadki znęcania się żony nad mężem (drugich sytuacji dziś jest bez porównania więcej, może dawniej też tak było?). Czy to zmienia ogólny obraz, który zarysowałem? Nie.
Dawni mężczyźni, nawet gdyby chcieli, po całym dniu pracy nie mieliby czasu ani siły, żeby znęcać się nad kobietą.
No i jeszcze ta mowa o wyzwoleniu! Tak, wyzwolone dokładnie w ten sam sposób, w jaki kiedyś niewolników wyzwalało się z łańcuchów, buntowników z łagrów, a więźniów z kajdan – pisze blogerka (nie będę znęcał się nad porównaniami, bo pasują jak śmietana do steku). Kobiety same musiały wyzwolić się spod męskiego jarzma – dumnie powiadają feministki. Naprawdę musiały? Mniejszość kobiet walczyła o prawa wszystkich, których wiele z nich nawet nie chciało. Czy obecny przymus pracy to wyzwolenie od jarzma? Czy natłok obowiązków obywatelskich jest lżejszy niż bycie panią domu? Feministki w pewnym sensie podpisały cyrograf, za który kobiety płacą do dzisiejszego dnia.
I nie mówię tego lekko – jak już pisałem, kobiety mają talenty, które warto zaoferować społeczeństwu i dobrze, że mogą dziś to zrobić. Ale musimy rozumieć, że „przywileje”, o które byli oskarżani mężczyźni, nierozerwalnie łączyły się z obowiązkami – żeby być pełnoprawnymi obywatelami musieli pracować, płacić podatki, odbyć służbę wojskową i bez wymówek bronić kraju, jeśli zaszłaby taka potrzeba. Nie otrzymali swoich praw za darmo (kobiety były zwolnione z wszystkich wymienionych).
Wypunktuję jeszcze jedną rzecz. Malwina Pe pisze: …kolejne fale feminizmu, upadek reżimu komunistycznego […] sprawiły, że w którymś momencie powiedziałyśmy dość. Akurat komunizm szedł w parze z feminizmem, radzę się doedukować (kto chce przeczytać na ten temat trochę więcej, zapraszam do poprzedniego wpisu).
Tutaj zakończę ten wywód, bo w przeciwnym wypadku odpowiedź na wstęp pani Pe zajmie miejsce całego tekstu. A czeka nas jeszcze całe pięć punktów, które wypadałoby przeanalizować.
1. Kobiety nas nie potrzebują (?)
Przynajmniej wedle autorki tak to wygląda. Oczywiście sprawę zaraz prostuje: „Nie to, że tak zupełnie i wcale. Nie potrzebujemy Was, by się utrzymać, realizować i być szczęśliwe”, ale myśl przewodnia trzyma się mocno.
Skupmy się na chwilę i zastanówmy, czy zdanie blogerki jest zgodne z prawdą? Kobiety nie potrzebują mężczyzn, by się utrzymać. Ok, to prawda. Nie potrzebują ich, by się realizować. No i tutaj zaczynają się schody. Co to znaczy: „by się realizować”? Realizować zawodowo, albo rozwijać swoje pasje? Ok, może do tego mężczyzna potrzebny nie jest. Ale na pewno jest niezbędny, żeby realizować się jako kobieta!
Bo pomyślmy – jaka jest najważniejsza cecha kobiecości? Taka, która diametralnie odróżnia kobietę od mężczyzny? To macierzyństwo – bez dwóch zdań. Choćby nie wiem, co się wydarzyło, mężczyzna nigdy nie mógł, ani nie będzie mógł (miejmy nadzieję) zajść w ciążę. Chyba nie trzeba tutaj udowadniać, że odpowiedzialność za przynoszenie dzieci na świat jest jedną z najważniejszych – o ile nie najważniejszą – cechą kobiety.
Jasne, można podnieść larum, że kobieta to nie chodzący inkubator (ten, kto wymyślił to określenie, musi naprawdę nienawidzić ludzi), ale to nie zmienia faktu, że macierzyństwo jest jej integralną rolą. Można mówić, że dzisiaj mężczyzna w ogóle nie jest potrzebny do zajścia w ciążę – mamy przecież in vitro. Oczywiście, ale mężczyzna, silny mężczyzna, jest bezsprzecznie potrzebny do wychowania dzieci (jeśli ktoś uważa inaczej, niech poczyta zatrważające statystyki dotyczące dzieci wychowujących się przy samotnej matce, w szczególności dotyczy to synów).
Wygląda na to, że mężczyzna jest potrzebny, żeby kobieta mogła realizować się jako kobieta, matka i żona – czyli doświadczyć pełni swojej kobiecości.
Używki, antydepresanty i zwierzęta domowe będące substytutem dla dzieci to znak rozpoznawczy samotnych kobiet po trzydziestce.
Dalej – kobiety nie potrzebują mężczyzn, by być szczęśliwymi. Napiszę tak: jeśli szczęście, przynajmniej jego część, uznalibyśmy za spełnienie jako osoba, to kobieta, będąc kobietą, nigdy nie dozna pełni szczęścia, nie mogąc realizować się na każdej płaszczyźnie swojej kobiecości, o czym pisałem już wyżej. Poza tym poznałem, widziałem i miałem okazję zaobserwować wiele samotnych kobiet – nie powiedziałbym, że były szczęśliwe. Szczególnie te w samotności dobijające trzydziestki, czterdziestki… Używki, antydepresanty i zwierzęta domowe będące substytutem dla dzieci to ich znak rozpoznawczy.
Jesteśmy lepiej od Was wyedukowane, bardziej pracowite i ambitne – czytamy dalej. Zgoda, kobiety są lepiej wyedukowane, ale czy bardziej pracowite i ambitne? Może, trudno to zmierzyć. To, że kobiety lepiej radzą sobie w dzisiejszych czasach widzimy jasno. Nikt jednak nie pyta: dlaczego?
Nie pyta, bo odpowiedź na to pytanie nie spodoba się żadnej feministce. Kobiety, moje drogie panie, lepiej radzą sobie dlatego, że są bardziej posłuszne, pokorne i strachliwe. Jeśli powie się im, że mają zrobić to, to i tamto, żeby dobrze żyć, zrobią to bez pytania (trochę między sobą ponarzekają, ale dalej będą posłuszne).
Znowu mężczyźni radzą sobie gorzej dlatego, że – paradoksalnie – są odważniejsi. Wielu z nich ma tendencję do buntu. Jeśli nie widzą dla siebie zysku ani przyszłości w tym, czego społeczeństwo od nich wymaga, są zdolni powiedzieć przełożonemu (nie ważne, czy to nauczyciel, szef, czy profesor na uczelni): „pierdol się, nie będę robił tego, co mi każesz. Wolę siedzieć w domu i grać na konsoli, albo upijać się ze znajomymi, niż cię słuchać”. Nie mówię, że to mądre, ale taka jest męska natura. Mężczyzna jest zdolny przenosić góry, jeśli za tymi górami jest coś, czego chce. Jeśli tego nie ma, albo nikt mu nie pokazał, że jest, będzie leżał brzuchem do góry na najbliższej polance. Bo „nie zamierza być niczyim niewolnikiem”.
Kobiety lepiej sobie radzą w dzisiejszych czasach, bo są posłuszne i pokorne.
Stąd taka dysproporcja na uczelniach (szczególnie humanistycznych) – wszyscy mówią: „wyższe wykształcenie dzisiaj to podstawa”, więc młode kobiety idą i je zdobywają. Mężczyźni patrzą i pytają: „dlaczego?”. Zwykle też idą na uczelnię, a na miejscu przekonują się, że uniwersytety stały się parodią siebie samych, więc je opuszczają.
Czasem z zyskiem dla siebie, czasem nie. Oto cała tajemnica wyższego wykształcenia kobiet.
Ale idźmy dalej: …dzięki postępującym zmianom społeczno-obyczajowym i powszechnemu dostępowi do różnych ścieżek samorozwoju (w tym np. terapii) stajemy się samowystarczalne. – Jeśli ktoś potrzebuje terapii, to chyba daleko mu do samowystarczalności, prawda?
I dalej: Tyle razy zostałyśmy już w życiu zranione, upokorzone, tyle razy doznałyśmy smutku i rozczarowania, że powoli, ze związku na związek, z kolejnej nieudanej relacji na drugą, coraz bardziej świadomie wyciągamy wnioski. – Takie są efekty przygodnych relacji. Poruszymy ten temat szerzej przy innym punkcie, więc tutaj przejdę od razu dalej.
To, że dzisiaj cierpimy za zatrważającą ilość słabych mężczyzn, bezpośrednio przekłada się na coraz większą liczbę sfrustrowanych, zawiedzionych i zranionych kobiet. Jednak daleko mi do zrzucania całej winy na mężczyzn. Kobieta zazwyczaj nie jest ślepa, kiedy się z kimś wiąże; w przeważającej liczbie wypadków dostaje takiego partnera, na jakiego zasługuje (w końcu sama się na niego zdecydowała), więc wypadałoby wziąć trochę odpowiedzialności za swoje decyzje i nie udawać bezbronnej ofiary, bo powiedzmy sobie szczerze – kobieta też nie jest niewinna, bardzo często swoimi szalonymi atakami potrafi przepłoszyć nawet najbardziej zakochanego faceta.
Podsumowując: widziały gały, co brały.
Pod koniec mamy jeszcze trochę narzekania i samoafirmacji. Ogólnie rzecz biorąc, widać, że pisała to osoba zawiedziona na swoim życiu i związkach. A ja za dużo widziałem i za dużo przeczytałem, żeby bezwarunkowo brać stronę kobiety i wołać za nią: „jacy ci mężczyźni źli!”.
Sorry, ale nie nabiorę się na to.
2. Kobiety lubią seks bez zobowiązań (?)
Jeśli ktoś czytał mój poprzedni wpis (będący wstępem do tego), to wie, że mamy tu przykład kolejnego zachowania, w którym kobiety próbują być takie, jak mężczyźni – ku swojej własnej zgubie.
Najpierw zajmę się tym, co napisała blogerka i to skomentuję, potem przejdę do kilku własnych myśli na ten temat.
Mężczyźni robili to przez lata i im większą liczbę zaliczonych lasek mieli na koncie, tym bardziej byli macho. Kobiety, które lubiły sobie bzyknąć faceta raz na jakiś czas, nazywane były lafiryndami, dziwkami, a najładniej – łatwymi. – To, że mężczyźni robili to przez lata i byli za to podziwiani nie jest do końca prawdą. Dawniej, jeśli otoczenie dowiedziało się, że jakiś chłop to przysłowiowy „pies na baby”, bardzo szybko rozwiązywało ten problem. Ów casanova albo musiał wiać, albo czekały go spore nieprzyjemności (czasem społeczność posuwała się nawet do kastracji).
Ale niech będzie – mężczyźni podziwiają tych, mających bogate doświadczenia seksualne. Dlaczego tak jest? Podam dosyć znane wytłumaczenie, ale może ktoś go jeszcze nie słyszał.
Mężczyzna, żeby „zaliczyć” w życiu wiele kobiet, musi być: przystojny, zadbany, dobrze ubrany, inteligenty, zabawny, wygadany, czarujący, charyzmatyczny, etc. i – co wielce pomaga – bogaty.
Kobieta, żeby mieć wielu mężczyzn, musi po prostu być – a najlepiej: być chętną.
Dlatego kobiety uprawiające seks z wieloma mężczyznami wszyscy nazywają szmatami, a mężczyzn mających wiele kobiet – macho. Chociaż równie dobrze można by ich określić jako szmatotwórców. I już w tym momencie zaznaczę, że wcale nie uważam, żeby byli oni w swoim postępowaniu lepsi, niż kobiety.
Mężczyzna mający wiele partnerek seksualnych nie jest dużo lepszy od kobiety postępującej podobnie. Ale z dwojga złego, to on jest górą.
Jeśli komuś nie wystarcza takie wytłumaczenie, możemy jeszcze spojrzeć na to od strony biologicznej. Załóżmy na chwilę, że człowiek to nic więcej, tylko zwierzę. Rolą samca jest rozdysponowanie swojego kodu genetycznego jak najszerzej, a w świecie zwierząt mogły to zazwyczaj robić tylko samce alfa, czyli najlepsi z najlepszych. Komu udało się wyprodukować najwięcej potomstwa, wygrywał w grze zwanej naturą.
Samic nigdy nie mierzy się tą miarą. Kiedy raz zajdą w ciążę, muszą swoje odczekać, żeby móc mieć kolejne młode (poza tym samce raczej nie interesują się ciężarnymi). Ponadto samica zazwyczaj pozostaje wierna temu najlepszemu – samcowi alfa (częściowo ze strachu, częściowo dlatego, że zapewnia jej wszystko, czego potrzebuje do wychowania potomstwa).
Czytamy dalej: Jedno jest pewne – jeśli kobieta kocha siebie, zna swoją wartość i wie, że spotyka się z mężczyzną wyłącznie po to, żeby wyżyć się seksualnie, po wszystkim nie będzie wysyłać Ci rozpaczliwych smsów z prośbą o kolejne spotkanie. Po prostu wróci do swojego własnego życia, a za jakiś czas, kiedy najdzie ją ochota, pójdzie do łóżka z kimś innym. Proste.
No właśnie nie takie proste. Jeśli kobieta kocha siebie i zna swoją wartość, nie powinna pozwalać sobie na „przygodny seks”. Nie powinna nawet tego chcieć. Oczywiście pytanie brzmi: dlaczego, skoro to przyjemność, której oddajemy się za obopólną zgodą?
W naszej współczesnej kulturze wciąż pokutuje mit, że seks to coś lekkiego; zwykła, niezobowiązująca przyjemność, jak dziesiątki innych. Wierzymy, że możemy i mamy wręcz prawo zabawiać się do woli, i że nikomu nie dzieje się przy tym krzywda.
Błąd. Trzeba to powiedzieć jasno i wyraźnie: seks to nie zabawa, a na pewno nie taka, z której wszyscy wychodzą zadowoleni. Nie można stawiać znaku równości między nim a np. piciem z przyjaciółmi, czy zjedzeniem czegoś smacznego. To nie zwykła, codzienna aktywność, taka jak robienie zakupów.
Tylko bardzo ograniczony umysł może zupełnie ignorować umysłową i duchową stronę ludzkiego życia.
W podobny sposób myśleć może wyłącznie ktoś, kto widzi w człowieku tylko stronę biologiczną. Ktoś, kto uważa, że ludzkość nie jest niczym więcej, jak trochę bardziej zaradnym gatunkiem zwierząt. A nie wiem jak wy, ale ja, bynajmniej, nie czuję się zwierzęciem. Tylko bardzo ograniczony umysł może zupełnie ignorować umysłową i duchową stronę ludzkiego życia.
I bardzo wielu ludzi przekonuje się o tym w bolesny sposób – rzucają się w wir przygodnych znajomości seksualnych, a z każdą kolejną zaczynają rozumieć, że seks nie daje szczęścia, tak jak próbują nam wmówić współczesne media. Zresztą – gdyby człowiek był stworzony tak, by iść do łóżka z ledwo co poznaną osobą, to nie musiałby się przed tym upijać, jak robi to 90% (a może i więcej) przygodnych kochanków. Nie musiałby topić w alkoholu sumienia, które na każdy możliwy sposób próbuje mu powiedzieć, że to nie jest dobry pomysł.
Inny problem polega na tym, że traktując innych ludzi jak przygodne znajomości seksualne, sam siebie traktujesz jako przygodną znajomość seksualną. Może komuś odpowiada taka rola, ale – jeśli chcecie znać moje zdanie – nie jest zbyt ambitna, nie uważacie?
Człowiek tak naprawdę cierpi, czyniąc z siebie przygodnego kochanka, a z każdą kolejną „przygodą” staje się coraz bardziej arogancki, cyniczny, oschły i pozbawiony wartości. Nie jest w stanie stworzyć trwałej relacji z drugim człowiekiem, boi się, ucieka w przyjemności albo w pracę. Przestaje szanować siebie i innych, bo dlaczego by miał? Jest przecież tylko bardziej inteligentnym zwierzęciem, a jeśli nie potrafi lub nie chce utrzymać przy sobie innej osoby, to prawdopodobnie podświadomie wie, że nie ma jej nic do zaoferowania poza swoją seksualnością.
Dotyczy to zarówno kobiet, jak i mężczyzn.
3. Kobiety nie lubią naszego porno (emm, co?)
Branża pornograficzna przez lata ignorowała potrzeby kobiet, mylnie zakładając, że nie są one konsumentkami tego typu treści. Otóż: jesteśmy. 30 proc. kobiet ogląda porno co najmniej raz w tygodniu, kolejne 30 proc. kilka razy w miesiącu – pisze blogerka, w dalszej części tego punktu wymieniając, co się kobietom najbardziej w porno podoba.
Znowu przykład kobiet, próbujących naśladować mężczyzn (tylko szkoda, że w tych niezbyt chlubnych zachowaniach).
Nie będziemy się nad tym szczególnie rozwodzić, temat można zamknąć w jednym akapicie. Otóż – to nawet zabawne, że w czasach, gdy coraz więcej mężczyzn zaczyna rozumieć, że porno niszczy im życie, uszkadza mózgi i niewyobrażalnie winduje oczekiwania wobec seksu, a w skrajnych przypadkach uzależnienia potrafi całkowicie wyłączyć z życia społecznego, jakieś kobiety mają odwagę chwalić się tym, że je oglądają.
I robią to z dumną postawą. Cóż – jak to mawiają: duma kroczy przed upadkiem. A te panie czeka jeszcze wiele zawiedzeń, zanim dogonią mężczyzn w rozwoju i zrozumieją na własnej skórze, że niszczą sobie życie.
4. Kobiety nie chcą spełniać się jako matki (?)
Nie chodzi mi o to, że teraz kobiety nie chcą mieć dzieci, bo chcą i mają i czasami nawet świetnie realizują się jako matki. Ale czasami nie i uczymy się coraz otwarciej o tym mówić. – Ok, nie każda kobieta nadaje się na matkę – jestem w stanie się z tym zgodzić. Ale jednocześnie – jeśli jakaś w swojej rozwiązłości zaszła w ciążę i z powodu swojej głupoty sprowadziła na świat nowe życie, to powinna się nim zająć. Przestać narzekać i wziąć odpowiedzialność za swoje decyzje.
W sieci jest masa grup wsparcia dla dziewczyn, które żałują, że uległy presji rodziców/partnera/społeczeństwa i zdecydowały się na dziecko. Bo się w tym macierzyństwie nie odnajdują. Bo wolałyby robić coś zupełnie innego. Bo musiały zrezygnować z kariery i teraz cierpią. – Wygląda mi to na grupy wsparcia dla rozwydrzonych, niedojrzałych dziewczynek z życzeniowym nastawieniem do świata.
Powtórzę to, co pisałem wyżej: nikt nie kazał im zachodzić w ciążę. Musiały się na to zgodzić i dobrowolnie rozłożyć przed kimś nogi. I teraz chcą narzekać? Przykro mi, ale ten pociąg już odjechał. Życie to nie gra i nie da się wczytać poprzedniego zapisu (chociaż są panie, które upatrują tego „poprzedniego zapisu” w aborcji).
Podjęłaś decyzję, więc przestań zachowywać się jak rozwydrzona nastolatka i weź odpowiedzialność za swoje dziecko. „Kariera” nie ucieknie, a potomstwo wcale nie musi być przeszkodą w jej rozwijaniu.
Kobiety, które zdecydowały się na dziecko i teraz narzekają, powinny w końcu dorosnąć, bo robią z siebie pośmiewisko.
Poza tym istnieją statystyki ukazujące, że wiele kobiet, które postawiły na karierę, po trzydziestce z niej rezygnują, bo nagle odzywa się zegar biologiczny i uprzytomniają sobie, że jednak chciałyby być matkami. Że nie czują się „kobieco” na tych wysokich stanowiskach i ktoś je oszukał wmawiając im, że powinny się za nimi uganiać. Nie każda kobieta dochodzi do takich wniosków, ale wiele tak.
Nie chcę tutaj zmuszać żadnej kobiety do bycia matką. Nie będę też żadnej osądzać za to, że nie chce nią być. Ale te, które się na to zdecydowały i teraz narzekają… powinny w końcu dorosnąć, bo robią z siebie pośmiewisko.
Wszystko, co robi kobieta, jest okej, tak długo, jak robi to w zgodzie ze sobą. – Mój Boże, czy naprawdę muszę komentować, jak bardzo złe i jak głupie jest to zdanie?
Nie każdy z Was [Panowie] nadaje się do tego, żeby być ojcem. Może lepiej to sobie uświadomić zawczasu, zamiast później oczekiwać od partnerki, że będzie odwalała całą brudną robotę za Was – weekendowych ojców? – Problem ojcostwa poruszałem już kilkukrotnie, więc tutaj sobie odpuszczę. Napiszę tylko tyle, że często nie jest tak, że ojciec nie chce spędzać czasu z dziećmi, bo chce, ale ich matka mu to utrudnia. Wystarczy, że będzie mu ciągle „suszyć głowę” o to, jak ma to robić (bo ona wie lepiej), żeby całkiem zrazić ojca do aktywności.
5 Kobiety nie chcą opiekuna, chcą partnera (?)
Kobiety dziś nie potrzebują kogoś, kto będzie je wyprowadzał na spacer, zabierał do kina, kupował drogie kolacje w drogich restauracjach albo przenosił przez kałuże. Czasy bezbronnych niewiast minęły bezpowrotnie jakieś 70 lat temu.
Cóż, kobietom zawsze podobali się mężczyźni silni, odważni, liderzy, przysłowiowe „głowy rodziny”. Tacy, którzy potrafią podejmować decyzje i którzy biorą za te decyzje odpowiedzialność; tacy, którzy stawiają czoła problemom i je rozwiązują; tacy, przy których kobieta czuje się bezpiecznie. Ciepłe kluchy, tzw. „partnerzy”, nikogo nie pociągają. To uniwersalna prawda – i pozostanie nią, nie ważne, jak bardzo kobiety próbowałyby nam wmówić, że jest inaczej.
Zamiast gościa chwalącego się długością swojego kutasa wolimy gościa, który wie, jak tego kutasa użyć, żeby sprawić przyjemność swojej partnerce. Zamiast przytrzymywania drzwi wolimy, żebyś przytrzymał nam włosy, kiedy rzygamy po wieczorze panieńskim koleżanki. I żebyś rano przyniósł do łóżka wodę z cytryną i alkaprim, a nie pretensje i gorzkie żale. Nie kupuj kolejnej koronkowej bielizny – zamiast tego bądź szczerze i autentyczne zaangażowany w nasze życie i sprawy. – Nie, nie, i nie.
Kobieta przede wszystkim chce się czuć przy mężczyźnie bezpiecznie.
Nie wiem, skąd wziął się pierwszy przykład, ale przez całe moje życie nie miałem ani jednego kumpla, który chwaliłby się „długością swojego kutasa” (może chwalili się dziewczynom?). Co do sprawiania przyjemności – para zwykle musi się ze sobą „dotrzeć”, żeby mówić o jakimkolwiek satysfakcjonującym stosunku.
Nigdy w życiu nie trzymałbym kobiecie włosów, kiedy rzyga. Co najwyżej mógłbym ją wyśmiać, że się tak załatwiła. A pretensje raczej byłyby uzasadnione (szczególnie, jeśli owa kobieta byłaby matką).
„Szczere i autentyczne zaangażowanie w życie kobiety” śmierdzi mi desperacją. Nie polecam mężczyznom słuchać tej rady. Zresztą – w ogóle nie polecam mężczyznom słuchać rad kobiety na temat tego, jak być mężczyzną. To pierwsza i podstawowa zasada.
A kiedy pojawią się kłody pod stopami – cóż, wtedy masz okazję, by naprawdę wykazać się siłą, a nie prędkością spierdalania w kierunku romantycznie zachodzącego słońca. – No i na koniec mamy pozytywny akcent. Wreszcie coś, z czym mogę się bez problemów zgodzić.
Uwagami, przemyśleniami albo osobistymi doświadczeniami w tym temacie możecie podzielić się w komentarzach. A jeśli uznaliście tekst za ciekawy i/lub pomocny, podzielcie się nim z przyjacielem, kumplem, znajomym, albo wpadnijcie na stronę facebook’ową bloga i polubcie moją twórczość.
Nic tak nie napędza do dalszej pracy, jak dobry feedback.
Photo by Kristina Flour on Unsplash