Ostatnio przyszło mi do głowy coś, o czym już myślałem, ale jeszcze nie miałem okazji rozwinąć tematu. Mianowicie: gdzie zgubił się okres kawalerstwa w życiu każdego mężczyzny? Wielu osiemnastolatków wchodzi w dorosłość już z dziewczyną u boku albo żyje na łasce rodziców, póki takowej nie znajdzie. W efekcie nigdy nie poznają, jak smakuje kawalerskie życie.
To duży błąd, który będzie miał kolosalny wpływ na dalszy rozwój mężczyzny.
Dlaczego?
Ponieważ to właśnie jako kawaler mężczyzna dojrzewa, mężnieje i nabiera mądrości na kolejny etap życia. Szczegółów dowiesz się z artykułu.
Po co mężczyźnie kawalerskie życie?
We wstępie zdradziłem już cel ostateczny — dojrzałość. Wychodzisz z domu i własnymi rękoma walczysz o przetrwanie. To jedyny sposób, byś się jej nauczył.
Po to jest okres kawalerstwa.
To twój czas (powiedzmy, od 18 do 25 roku życia), abyś zbudował dla siebie kawałek rzeczywistości. Bez matczynej spódnicy, pod którą uciekasz w razie niepowodzenia. Jesteś tylko ty, świat i twoje umiejętności.
Oczywiście na początku popełnisz masę błędów. Jednak jeśli zachowasz pokorę, otwarty umysł i pozytywne nastawienie, każda porażka czegoś cię nauczy. Aż w końcu dotrzesz do momentu, w którym upadków będzie coraz mniej, a zwycięstw coraz więcej. Ani się obejrzysz, a z osiemnastoletniego chłopca staniesz się mężczyzną.
Pierwotne zadanie należy do rodziców. To oni przygotowują cię do drogi i przekazują nauki, dzięki którym poradzisz sobie w życiu. Od dziecka dbają, żebyś w wieku 18 lat wyszedł z domu i już nie wracał 🙂
(Przynajmniej powinni tak zrobić. Wiem, że dzisiejsi rodzice pozwalają dzieciom siedzieć w domu aż do pięćdziesiątki i dłużej — co jest obrzydliwe, jeśli chcesz znać moje zdanie.)
Jako kawaler uczysz się kilku istotnych rzeczy. Po pierwsze — zdobywasz pewność, że nie potrzebujesz nikogo innego, żeby o siebie zadbać. Po drugie — nikt nie wisi ci na głowie. Masz spokój, dzięki któremu lepiej zrozumiesz siebie oraz to, czego naprawdę potrzebujesz. Po trzecie — stajesz się bardziej obowiązkowy. Z przymusu. Bo jeśli czegoś nie zrobisz, obok nie ma mamusi, która zadba o to za ciebie.
Innymi słowy: stajesz się bardziej śmiały, zdecydowany i pewny siebie. Tę pewność budujesz na solidnych fundamentach, bo w końcu sam stanąłeś z życiem twarzą w twarz i przetrwałeś to spotkanie.
Poza tym to prawdopodobnie jeden z najciekawszych okresów w twoim życiu.
Sporo tracisz, jeśli się go pozbawiasz, a wielu mężczyzn właśnie tak robi. Jednak o tym przeczytasz poniżej.
Okres kawalerstwa — współcześnie zbyt często nieobecny
Kiedyś było tak, że synowie wychodzili w świat, kiedy osiągali dorosłość. Poświęcali kilka lat na zbudowanie stabilności finansowej, a potem szukali żony. Mam wrażenie, że dzisiaj jest odwrotnie. To córki wychodzą z domu i działają w świecie, a synowie siedzą przy mamusi i czekają, aż jakaś kobieta po nich przyjdzie.
Wśród moich znajomych wielu nie miało nawet szansy zasmakować kawalerstwa, bo gdy wyprowadzali się z domu, szukali nowego lokum już z dziewczyną.
I choć na pozór nie ma w tym nic złego, wygląda to tak, jakby spod opieki matki przechodzili pod opiekę zastępczej matki. Nigdy nie sprawdzili, czy potrafią sami o siebie zadbać, nigdy nie rozwinęli samodzielnego ducha.
W takich przypadkach rozstanie często jest druzgocące dla mężczyzny, który zwykle leczy ból poszukiwaniem kolejnej kobiety. Dlaczego? Bo jest uzależniony. Nigdy nie zaznał innego życia. Najpierw była mama, potem dziewczyna, więc jeszcze później musi być kolejna dziewczyna.
Kobieta jest bogiem, bo mężczyzna nigdy nie przestał być chłopcem.
Są też „kawalerowie”, który faktycznie nie szukają sobie od razu kobiety (albo nie potrafią jej znaleźć), ale za to żyją na garnuszku rodziców. To nie jest prawdziwe kawalerskie życie, bo w rodzinnym domu nie dorośniesz. Ba! Wręcz przeciwnie — rodzice (szczególnie matka) zadbają, żebyś na zawsze pozostał nieporadnym dzieckiem.
I finalnie jeszcze jedna kwestia, czyli studia.
Jeśli wyprowadzasz się z domu na studia, ale opłacają ci je rodzice, wciąż jesteś dzieciakiem. Można powiedzieć, że prowadzisz kawalerskie życie z ogromnym kołem ratunkowym pod pachą. Niczego się nie nauczysz, bo nie utrzymujesz sam siebie. Nie ma przymusu ani niczego innego, co pchałoby cię do wzięcia się w garść.
Zresztą w większości przypadków młodzi ludzie idą na studia tylko dlatego, że uciekają od dorosłości.

Kawalerskie życie — co tracisz, gdy z niego rezygnujesz?
Gdy przechodzisz z jednych kobiecych rąk do drugich lub pozostajesz na garnuszku rodziców, blokujesz swój rozwój. Nigdy nie weźmiesz pełnej odpowiedzialności za twoje życie, bo kiedy miałbyś się tego nauczyć?
Z kobietą, która zastępuje ci matkę? A może w domu rodzinnym, w którym nigdy nie zagrasz wedle własnych zasad?
Ale nie to jest najgorsze. Bez okresu kawalerskiego nigdy tak naprawdę nie przekonasz się, że potrafisz sam o siebie zadbać. Nigdy nie zdobędziesz tej pewności, dlatego prawdopodobnie będziesz wisiał na kobiecie jak pijawka. Gotów zrobić wszystko, byle tylko jej nie stracić.
A związek, w którym to kobieta dyktuje warunki, jest złym związkiem. Przełoży się na złe małżeństwo i jeszcze gorsze dzieci.
Dlaczego?
Ponieważ kiedy hierarchia w rodzinie staje do góry nogami, nikt nie jest szczęśliwy. Ani mężczyzna (bo nie może być mężczyzną), ani kobieta (bo ma słabego męża), ani potomstwo (bo musi patrzeć na męki rodziców).
Ty jako mężczyzna wychodzisz z domu rodzinnego i budujesz fundament życia, na który sprowadzasz kobietę, gdy jesteś gotów założyć rodzinę. Nigdy odwrotnie. Jeśli to ty wchodzisz do życia kobiety, zamiast ona do twojego, lepiej pożegnaj się z męskością. Nie będziesz panem na nie swoim zamku.
Właśnie dlatego kawalerskie życie ma tak dużą wartość. Pamiętaj: ten, kto mierzy się z problemami, staje się coraz silniejszy. Zaś ten, kto przed nimi ucieka — coraz słabszy.
Uwagami, przemyśleniami albo osobistymi doświadczeniami w tym temacie możecie podzielić się w komentarzach (albo napisać do mnie bezpośrednio). A jeśli uznaliście tekst za ciekawy i/lub pomocny, podzielcie się nim z przyjacielem, kumplem, znajomym, albo wpadnijcie na stronę facebook’ową bloga i polubcie moją twórczość.
Nic tak nie napędza do dalszej pracy, jak dobry feedback.
Zdjęcia artykułu autorstwa:
Joshua Munoz on Unsplash
oraz
Andrew Neel z Pexels
Wychowałem się bez Ojca, mam dwie siostry – wszyscy jesteśmy po innych ojcach… W domu zawsze zwalano winę na… „mamie się nie powiodło…” srututu. Z trzecim partnerem matki przeprowadzka do innego miasta skutkująca z separacją od ukochanego Dziadka (jedynego mężczyzny w domu)… Po przeprowadzce zaczęło się piekło… Niestabilna atmosfera w domu (jednego dnia spokój i sielanka, następnego dnia kłótnie i napięcie)… Oczywiście skutkowało to rozstaniem… Potem życie za marne grosze (małe dziecko na utrzymaniu matki a faceta nie ma)… Poczucie bezpieczeństwa na poziomie zera. Ponadto nieszczęśliwa i często roztrzęsiona matka której gdyby nie pomoc dziadków – mogliby nawet nas odebrać. Ja, wówczas dorastający nastolatek zgrywałem pozera, żądałem atencji (głównie od dziewczyn i starszych kolegów ze szkoły z klas licealnych i technikum). 10 lat temu w końcu przestałem wytrzymywać to napięcie, ponieważ wiedziałem że te wszystkie sytuacje (dom, szkoła, psycholodzy) mnie totalnie osłabiło. Zapomniałem – w okresie gimnazjum gdy byłem „niegrzeczny” – mamusia jeździła ze mną po psychiatrack którzy przepisywali coraz to kolejne pigułki… Oczywiście po kilku dawkach odstawiałem z powodu dziwnego samopoczucia po tym… 10 lat temu po załamaniu nerwowym i wybuchach agresji w domu wobec matki i… ukochanego Dziadka, w końcu wywieźli mnie na szpital… 1,5 miesiąca i diagnoza… „schizofrenia paranoidalna”. Ja byłem wówczas bardzo zamknięty w sobie i przez co małomówny i coraz bardziej się domyślam że mamusia mogła mieć swoje kilkaset groszy w tej diagnozie… Ale czy to jest teraz ważne… Kolejny facet udupiony. I teraz wisienka – mamusia wtedy w szpitalu załatwiła mi… Rispolept w zastrzykach, którego później jeden lekarz, jak sie potem okazało – kawał ch***, hedonista, 100% ateista i prawdopodobnie narcyz – pakował we mnie owe zastrzyki 8 lat!!! Skutki uboczne w postaci akatyzji polekowej (poczytaj w google) dosłownie zatrzymały mnie w jakimkolwiek rozwoju osobistym. Wegetacja na marnej rencie u boku mamusi… Obiad był, pranie matka zrobiła, ciasto na weekend upiekła… No i co? Od dwóch lat nie biorę tego gówna a od pół roku żadnych pigułek – i teraz wszystko wychodzi na wierzch. Nienawidzę matki, czuję ogromny żal do dziadka że dał się zmanipulować własnej córce, nie mam pracy, przyjaciół, nie umiem zagadywać do dziewczyn… Z jednej strony chcę być dla kogoś ważny jako mężczyzna, z drugiej strony nienawidzę kobiet i dziewczyn i czuję do nich ogromną niechęć, a czasem i obrzydzenie pomimo iż jestem hetero. Oczywiście był też bunt wobec samego Boga, było odwrócenie się za sprawą… lewackich „przyjaciół”… 4 lata temu uciekłem od matki do dziadka, lepsze mieszkanie z dziadkiem niż z mamusią… Ale wiele razy słyszałem jak matka manipuluje przez telefon dziadka zwalając każde moje złe zachowanie – chorobą albo „chorobą”… Teraz w końcu poszedłem na siłownie (stary dziad rok przed 30-tką który nie zaznał nawet życia kawalerskiego)… ale podczas ćwiczeń zamiast endorfin zaczynam odczuwać coraz głębsze depresje… 8 lat wegetacji poskutkowało też uzależnieniem od smartfona, social mediów, bicia konika i niestety też nic nierobienia połączonego z ogromną prokrastynacją… Wczoraj udało mi się pogodzić z Ojcem (jest DDA) ale z matką niestety już nigdy się nie pogodzę – czuję obrzydzenie na jej widok i szczerze – nienawidzę jej i mam już w dupie jej los, mam wyjebane na nią, jak zachoruje – nie pomogę, jak skończy pod mostem – nie pomogę, będę pluł przechodząc po tym moście. I niestety przez to wszystko nienawidzę także siebie – niby walczę, ale przestaję widzieć w tym sens z powodu tego że musze zaczynać od TOTALNEGO zera w wieku 29 lat… A to tylko po to aby mamusia miała przez kilka lat spokój ze mną i moimi problemami – stłumić, uwalić i mieć wszystko w dupie. Swoją drogą poznałem ostatnio typa, którego wychowała ulica, ćpał, chlał i uciekał niegdyś przed poprawczakiem… Jest on w związku z jedną moją znajomą którą znam dosyć długo i z jako chyba jedyną którą tak długo znam nie spierdoliłem relacji przez skutki uboczne zastrzyków jakie brałem. Spodobała mi się ona i teraz szczerze tego gościa nienawidzę i potrafiłem mu złorzeczyć najgorszych chorób oraz nieszczęść. Po prostu – szok przeogromny że gość z ulicy (ale jaja ze stali) i proszę – bang – jest atrakcyjny mimo iż lubi popić i przyćpać… ale zawsze sobie kurwa poradzi. Nienawidzę go za to tak jak mojej matki za spieprzone życie.
Rad medycznych dawał Ci nie będę, bo nie jestem lekarzem. Chociaż nie da się ukryć, że w wielu przypadkach ładowanie leków w dzieci czy młodzież z problemami jest błędne, bo chemią nie da się wyleczyć problemów duchowych czy życiowych.
Mogę natomiast napisać, żebyś przede wszystkim nie skreślał swojego życia. W wieku 29 lat na pewno nie jesteś starym dziadem. Masz jeszcze sporo przed sobą i masz czas, żeby działać, nawet jeśli zaczynasz od zera. Jeśli jednak nie chcesz ciągnąć za sobą tego całego bagażu z przeszłości, powinieneś wybaczyć swojej matce. Patrząc po jej doświadczeniach, pewnie też nie miała łatwego życia i niestety wciągała swoje dzieci do piekła, w którym sama żyła.
Weź też pod uwagę, że Twój dziadek i babcia mogli być dobrzy dla Ciebie, ale nie wiesz, jacy byli dla Twojej matki. Jej problemy też nie wzięły się znikąd.
Ale wracając do Ciebie. Jak będziesz karmił się nienawiścią, możesz skończyć tak samo, albo jeszcze gorzej, niż Twoi rodzice. Musisz odnaleźć spokój, a nie da się tego zrobić bez wybaczenia.
Nie przejmuj się też za bardzo przeszłością, bo demony będą Ci ją przypominały, żebyś myślał, że nie jesteś nic wart. Wiedz jednak, że krew Chrystusa może Cię oczyścić do tego stopnia, że staniesz się bielszy, niż śnieg.
Tym typem z ulicy też bym się za bardzo nie przejmował, bo jeśli rzeczywiście lubi popić i przyćpać, nie wiedzie mu się tak dobrze, jak Ci się wydaje. Też ma swoje demony, które próbuje zagłuszyć.
Jeszcze na koniec dodam, że nie powinieneś poświęcać czasu na przejmowanie się kobietami, bo kobieta to ostatnia rzecz, której teraz potrzebujesz. Najpierw musisz dojść do ładu sam ze sobą.
Mam 29 lat i w ogóle nie miałem przyjemności z życia, a tym bardziej z młodości. W czasie kiedy inni korzystali i robili różne tzw. przypały i potem mieli temat do rozweselenia dziewczyn… Ja się czułem (i czuję do teraz) jak ten je*any chłopak do wzięcia z Polsatu… Dzisiaj 20-latkowie potrafią wozić się audicami czy vw-iami i przez to są pociągający… A ja nie mam nawet 2 tyś na miesiąc… Co to za życie…
Przede wszystkim nie powinieneś porównywać się do innych, bo nieważne, jak dobrze by Ci szło, zawsze znajdziesz kogoś, komu wiedzie się lepiej.
Poza tym nie użalaj się nad sobą, bo to Ci w niczym nie pomoże.
Zaufaj Bogu i ciesz się tym, że wreszcie uwolniłeś się spod wpływu tych wszystkich medykamentów. Teraz możesz zająć się pracą nad swoim życiem. Nie wybiegaj za bardzo w przyszłość, tylko wykorzystuj po kolei każdy dzień.
Nie wiem, jak aktualnie wygląda Twoja sytuacja zdrowotna, ale jeśli możesz pracować, pracuj. Nie szukaj przy tym ekspresowych rozwiązań, bo nie ma ekspresowych rozwiązań. Ale jeśli uczciwie podejdziesz do zadania (czyli nie będziesz uciekał od obowiązków), dosyć szybko poprawisz swoją sytuację.
Nie bądź też dla siebie zbyt surowy, tylko wykaż się cierpliwością. Zaczynanie od zera nie jest aż takie złe, bo daje Ci motywację do działania.
Jakbyś miał jeszcze jakieś pytania, możesz śmiało pisać tu albo na maila.
Chcę jeszcze dodać, że dzisiaj nawet dziadek, który zawsze był pobożny, dał się zmanipulować tak, że nawet on, facet – widzi w medykamentach i psychiatrach – bożków które mnie „postawią na nogi”… Wspominałem przy nim nieraz, że moje zachowanie i nerwica biorą się z tego że straciłem prawie dekadę życia a nie z tego że nie biorę leków… Tzw. Przebudzenie. To dziadek kilka razy potrafił mi skwitować – „to lepiej jakbyś zasnął”… Czyli szpryce. Wspominając mu o tym że to właśnie szpryce mnie uziemiły na 8 lat… to on to kwitował tym, że „aby potrafiłem przyjść i grzecznie pogadać”… Ale nikt już nie wspominał o tym że oprócz tego byłem wówczas w 100% zależny od dziadka i mamuśki… I muszę też napomknąć o tym, że to matka jako pierwsza odwróciła się od Boga, potem siostry a w międzyczasie też i Ja… Najgorsze w tym wszystkim jest to, że matka pozwala mojej najmłodszej przyrodniej siostrze (16 lat) robić z siebie emo… 5 kolczyków w buzi i ubiór sugerujące jakieś zaburzenia czy nawet przynależność do szemranych ugrupowań – mamusia tłumaczy to tym, że „teraz jest taka moda i czego ja się czepiam…”. Siostra Kasia a wołają na nią „Kate” – tak jej się uroiło i tyle. Byłem raz w ubiegłym roku w domu i zawołałem do siostry po imieniu „Kasia” i matka mnie wtedy poprawia na „Kate”… I ja powiedziałem, że jak ona sobie zmieni sama w dowodzie imię z „Katarzyna” na „Kate” to wtedy tak będę do niej mówić. Teraz jest Katarzyna to mogę i będę wołać ją po imieniu. Siostra się poryczała i wybiegła z domu na klatkę schodową krzycząc „ja uciekam z domu”, „ja tu mieszkać nie zamierzam”… To matka wybiegła za nią i zaczęła jej mówić, że… „on zaraz stąd wyleci”… Normalnie chore rzeczy się tam dzieją a mi się zawsze za wszystko obrywa…
Nie tylko Twój dziadek. Większość ludzi widzi w medykamentach i lekarzach bożków. Poza tym Twój dziadek to już pewnie teraz myśli tylko o tym, żeby mieć święty spokój, nawet kosztem Twojego zdrowia. Nie jest to zbyt chwalebne, ale taka już jest samolubna natura ludzka. Nie powinieneś się tym jakoś szczególnie przejmować, szczególnie teraz, kiedy masz swoje sprawy do uregulowania.
Ufaj Bogu, a nie ludziom, bo serce człowieka jest pokrętne (tym bardziej, im bardziej się od Boga oddala).
A siostrę to sam najlepiej powinieneś rozumieć, w końcu wychowywaliście się w podobnych warunkach. Jeśli człowiek nie radzi sobie z rzeczywistością (lub nie chce z nią sobie radzić), szuka ucieczki w fikcji, własnej wyobraźni czy jeszcze czymś innym. Właśnie to robi Twoja siostra. Niestety zazwyczaj jest tak, że dzieci cierpią za grzechy swoich rodziców.
Ale kiedy stałeś się dorosły, odpowiedzialność za Twoje życie należy do Ciebie. Musisz wybaczyć swojej ułomnej rodzinie, żeby rany mogły się zagoić.
Jeśli chcesz znaleźć więcej spokoju, poświęć dziennie rano i wieczorem co najmniej kwadrans na modlitwę. Po prostu usiądź w ciszy, zamknij oczy i pozwól, żeby Bóg mógł Cię dogonić. Jeśli twój umysł zacząłby nagle przywoływać setki różnych myśli, po prostu pozwól im płynąć i nie reaguj na nie w żaden sposób. Z czasem będą coraz słabsze. Jeśli chcesz odmawiać modlitwę, też możesz, ale nie jest to konieczne.