Na czym polega związek mężczyzny i kobiety? Jeśli słuchasz rad pseudo ekspertów o redpillowym zacięciu, prawdopodobnie żyjesz w przekonaniu, że na ciągłej walce o dominację. Albo będziesz “trzymał ramę” i manipulował, żeby dostać od drugiej strony to, czego chcesz, albo przegrasz.
To nawet spójna wizja, jeśli zrozumiesz, że jej fundamentem jest strach — i zupełnie niezrozumienie podstaw więzi międzyludzkich (ale do tego jeszcze wrócimy).
Ów strach prowadzi do wniosku, że albo masz pełną kontrolę nad relacją, albo zbierasz manto. W tej wizji nigdy nie możesz opuścić gardy, bo życie z kobietą przypomina bycie zamkniętym w jednej klatce z tygrysem. Albo będzie się ciebie bał, albo cię zeżre.
Nic dziwnego, że wielu mężczyzn akceptujących tę wizję dochodzi do wniosku, iż związek nie jest tego wart. Przecież ciągłe trzymanie się na baczności i walka o kontrolę brzmi jak totalna męczarnia.
Lepiej być samemu.
Ale co, jeśli to kłamstwo? Co, jeśli prawdziwa, trwała i głęboka więź między mężczyzną i kobietą polega na zaufaniu, współpracy oraz bliskości (emocjonalnej nawet bardziej, niż fizycznej)? Bez walki o dominację i ciągłe “kontrolowanie ramy”.
Co, jeśli wspomniani pseudoeksperci cię oszukują (przez własną głupotę i niewiedzę, albo przez mniej lub bardziej skrywaną nienawiść i cynizm)? Tym samym zabierają ci możliwość dążenia do czegoś wartościowego. Czegoś, co mogłoby realnie poprawić twoje życie i zwiększyć poczucie szczęścia.
Nie musimy gdybać. W artykule udowodnię ci, że czerwoni pseudoeksperci od związków się mylą.
5 neurochemicznych podstaw dobrego związku
Żeby relacja między mężczyzną i kobietą była bezpieczna, trwała, zdrowa oraz satysfakcjonująca, musi bazować na poniższej piątce:
- oksytocyna,
- GABA,
- wazopresyna,
- serotonina,
- dopamina.
Powyższy zestaw oczywiście nie wyczerpuje tematu w pełni, ale stanowi bazę, bez której się nie obejdzie.
Zaś problem redpillowych rad (i ogólnie współczesnej filozofii relacji) polega na tym, że opiera cały związek na dopaminie. Drugi człowiek ma być dla ciebie źródłem przyjemności i ekscytacji. I dopóki tym źródłem jest, może zostać.
Ale kiedy przestanie dostarczać przyjemności (a prędzej czy później przestanie, bo haj dopaminowy trwa parę miesięcy, góra rok), nic nie stoi na przeszkodzie, żeby wystawić go za drzwi i poszukać kolejnego “dopaminowego strzału” w postaci nowej osoby.
Tendencja jest popularna, bo dzisiaj większość społeczeństwa ma problem z uzależnieniem od dopaminy (gry, porno, używki, media społecznościowe, szybkie żarcie, etc.).
Pigularze radzą ci w ten sam sposób traktować kobiety. Dopóki cię zaspokajają i są bezproblemowe, idź w to. Ale niech tylko jakaś spróbuje się postawić albo mieć odrobinę własnego zdania… wtedy “tam są drzwi”.
Prawda? Prawda.
Niech nikt nie zaprzecza, bo obracałem się w tym towarzystwie, więc wiem, z czym to się je.
Ale do dopaminy jeszcze wrócimy w poświęconej jej części, także nie wyprzedzajmy faktów.
Po kolei, panie i panowie.
Oksytocyna
Hasło “hormon miłości” jest ci znane? Zgaduję, że tak. To popularne, choć potoczne, określenie oksytocyny — nieco mylące, bo przywodzi na myśl relacje romantyczne. A oksytocyna nie ogranicza się wyłącznie do nich. O wiele trafniejsza byłaby nazwa “hormon bezpiecznej bliskości”.
Czy to romantycznej, czy rodzicielskiej, rodzinnej, przyjacielskiej… nieważne. Oksytocynę wytwarzamy w żywych relacjach z ludźmi.
Ale wróćmy do konkretów.
W związku romantycznym oksytocyna jest szczególnie ważna, bo buduje poczucie przywiązania, spokoju i bliskości. Stworzenie więzi oksytocynowej z drugim człowiekiem pozwala poczuć to, co popularnie nazywa się “domem”. Przestrzeń oferującą ukojenie, relaks i (wreszcie) możliwość opuszczenia gardy.
Jest jednak pewien haczyk.
Oksytocyna może wytwarzać się swobodnie tylko tam, gdzie czujemy się bezpiecznie. Życie w niepewności, stresie i ciągłym konflikcie produkuje kortyzol (hormon stresu), który ma to do siebie, że blokuje oksytocynę.
Dlatego bezpieczna przestrzeń (szczególnie emocjonalna) jest tak ważna, jeśli zależy ci na budowie prawdziwej, głębokiej więzi z żoną czy kandydatką na żonę.
W osobnym tekście pisałem szerzej o 4 poziomach bezpieczeństwa, które mężczyzna zapewnia w związku. Odsyłam do niego po szczegóły.
A teraz ciekawostka!
Wiesz, że wiele par tworzy więź kortyzolową, zamiast oksytocynowej? W takim układzie organizm zaczyna reagować na drugiego człowieka jak na zagrożenie.
Wyobraź sobie męża, który przychodzi po pracy do domu i na widok żony od razu odpala mu się stan alarmowy. Albo żonę, która z marszu czuje stres (lub złość), patrząc na męża.
To jest właśnie więź kortyzolowa. Twoje ciało i psychika zaczynają widzieć w drugiej osobie źródło zła, a nie dobra. Niebezpieczeństwo, a nie ukojenie. Kogoś, z kim trzeba walczyć, a nie współpracować.
Kiedy para wejdzie w to stadium, trudno wrócić do normalnych relacji. Nie mówię, że się nie da, ale wymaga to sporego wysiłku po obu stronach.
Czy w takim razie zdrowe związki się nie kłócą? Oczywiście, że się kłócą. Ale potrafią też w dojrzały sposób się pojednać, co odróżnia je od związków niezdrowych.
Po co o tym wszystkim piszę? Z dwóch powodów.
- Zapewne chcesz, żeby twoja żona (przyszła albo obecna) cię kochała, prawda?
- Chcesz też, żeby twoja żona (przyszła albo obecna) z tobą sypiała — i robiła to chętnie — prawda?
No właśnie. To czytaj dalej.
Oksytocyna jako kobiecy narkotyk
Zdradzę ci coś, czego mogłeś do tej pory nie wiedzieć (przynajmniej nie w tym ujęciu). Kobiecy organizm został stworzony tak, żeby był szczególnie podatny na oksytocynę. Można nawet powiedzieć, że jest uzależniony od oksytocyny.
Ma to duży związek z macierzyństwem. Kiedy kobieta rodzi dziecko, jest “bombardowana” oksytocyną. Natura dosłownie zmusza ją, żeby kochała tego miniaturowego człowieka. Nie brzmi to może górnolotnie, ale tak się dzieje.
Stąd tyle sytuacji, w których świeżo upieczone matki decydują się zachować dziecko, nawet jeśli jeszcze przed porodem były zdecydowane je oddać.
Kobieta musiałaby mieć jakiś poważny defekt mózgu, żeby nie czuć tej pierwotnej miłości.
Stąd też dyskomfort wielu świeżo upieczonych ojców (szczególnie przy pierwszym dziecku). Po prostu nie czują z noworodkami tej więzi, co matki, przez co nieraz doświadczają poczucia winy i wydaje im się, że coś jest nie tak.
Sytuacja ulega zmianie, gdy dziecko trochę podrośnie i można zacząć je czegoś uczyć. Tutaj ojcowska miłość ma przestrzeń do rozkwitu.
Więcej o tym przeczytasz w sekcji poświęconej wazopresynie.
W związku kobieta również jest wyczulona na oksytocynę. Kiedy czuje się kochana i zaopiekowana (nie tylko materialnie, ale również emocjonalnie), ma ochotę tę samą miłość oddawać. Mężowi, dzieciom, innym ludziom. Można powiedzieć, że oksytocyna jest w pewnym sensie zaraźliwa.
Poza tym zdrowie takiej kobiety się poprawia. Jej płodność rośnie.
I — co pewnie cię zainteresuje — jej libido rośnie.
W tym ujęciu libido kobiety jest w pewnym sensie barometrem jakości związku. Jeśli nie czuje się bezpiecznie / nie czuje miłości, jej popęd seksualny będzie szorował po dnie (szczególnie po okresie dopaminowego haju). Może od czasu do czasu prześpi się z tobą z obowiązku, ale to tyle. Np. kobiety o lękowych tendencjach nieraz zmuszają się do współżycia mimo braku chęci, bo boją się stracić faceta.
Jeżeli więc zastanawiasz się, skąd te wszystkie historie, że “przez rok było fajnie, a potem jej libido umarło”, masz odpowiedź. Umarła dopaminowa fascynacja nowością, która na początku ciągnęła popęd seksualny.
Po tym czasie pożądanie musi zacząć bazować na czymś głębszym, albo umrze. Dotyczy to nie tylko kobiet. W długoterminowym związku męskie libido też potrzebuje oksytocyny, jeśli ma się utrzymać na tej jednej wybrance.
Unikowi mężczyźni, na ten przykład, mają przyblokowane receptory oksytocyny. Jeśli świadomie nie będą dążyli do ich “udrożnienia”, staną przed wyborem:
- albo będę cierpiał w tym związku do końca życia dla dobra mojej żony i dzieci (to w przypadku, gdy delikwent posiada kręgosłup moralny);
- albo będę szukał satysfakcji — czytaj zdrady, czyli “dopaminowego strzału” — poza związkiem (to w przypadku zdemoralizowanego osobnika).
Cierpienie pierwszego wyboru wynika z faktu, że unikowy mężczyzna ma duży problem z tworzeniem głębokich relacji, szczególnie pod kątem emocjonalnej więzi. Nie jest więc w stanie w pełni “poczuć” miłości. A jeśli nawet, będzie ją traktował jak zagrożenie dla własnej niezależności.
Swoją drogą…
Kobiece wyczulenie na oksytocynę jest też jej słabym punktem. Jeśli facet wie, co robi, może jakąś panienkę oszukać, wzbudzając w niej fałszywe poczucie bycia kochaną. W połączeniu z dopaminowym podekscytowaniem nową znajomością potrafi to dawać piorunujące efekty.
Istnieje nawet technika manipulacji polegająca na “bombardowaniu miłością”.
Jej skuteczność rośnie tym bardziej, im większe tendencje lękowe u ofiary. Powód jest prosty: lękowcy potrafią być nawet 20-30% bardziej wyczuleni na oksytocynę. Jednak istnieje też druga strona medalu. Możesz bowiem trafić na delikwentkę, która zalicza się do coraz szybciej rosnącej grupy kobiet znacznie odporniejszych na tę taktykę.
Tak czy inaczej, wystarczy już tych dygresji.
Jak budować więź oksytocynową?
Pełna odpowiedź na to pytanie wymagałaby napisania osobnego artykułu, więc tutaj skupimy się tylko na kilku prostych radach / trikach. Jeśli chcesz, żeby twoja żona lub kandydatka na takową czuła się kochana i doceniana, oto, co możesz zrobić:
- Patrz jej w oczy podczas rozmowy. Kobiety wytwarzają trzy razy więcej oksytocyny poprzez kontakt wzrokowy, co również ma związek z rolą matki (kontakt wzrokowy z niemowlęciem). Jednak dla ciebie o wiele istotniejsze jest coś innego. Poświęcając jej uwagę — swoje spojrzenie — dajesz jej prosty dowód miłości. Napiszę wprost: jeśli nie patrzysz jej w oczy, dosłownie głodzisz ją emocjonalnie.
- Zadbaj o bezpieczną przestrzeń. Chodzi tutaj przede wszystkim o bezpieczeństwo wyrażania swoich trosk, wątpliwości, uwag, etc. Ale nie tylko. Po więcej szczegółów odsyłam do tekstu o 4 poziomach bezpieczeństwa.
- Doceń jej osobowość. To szczególnie ważne w czasach, w których kobietom wmawia się, że poza wyglądem nie mają wiele do zaoferowania. A uroda, niestety, nie jest wieczna. Dlatego tak wiele kobiet z wiekiem zaczyna coraz bardziej wariować na tym punkcie. Albo popadać w depresję.
Jeśli więc nie chcesz, żeby żona z powodu więdnącej urody obawiała się o swoją pozycję w twoim sercu (i nie szukała pocieszenia gdzie indziej), doceń ją jako człowieka. Jak? Na dwa proste sposoby:- Pokaż, że cenisz sobie jej zdanie. Nie musisz tego mówić wprost. Wystarczy, że od czasu do czasu będziesz z nią konsultował swoje pomysły. Po prostu mówisz: “słuchaj, mam taki i taki problem. Chcę go rozwiązać tak i tak. Co o tym myślisz?” A jeśli teraz zastanawiasz się, dlaczego miałbyś konsultować z twoją kobietą jakiś kłopot, skoro masz już rozwiązanie, to odpowiedź znajdziesz w tytule tego akapitu. W ten sposób pokazujesz jej, że cenisz sobie jej zdanie. Poza tym kobiecy mózg działa trochę inaczej niż męski, więc może okazać się, że żona / dziewczyna podpowie ci coś, o czym byś w życiu nie pomyślał.
- Chwal jej charakter. Tu już przechodzimy do bardziej bezpośrednich pochwał. Powiedzmy, że twoja żona postawiła się swojej matce (twoje teściowej), gdy ta chciała wejść z butami do waszego związku. Wystarczy zwykłe: “słuchaj, kochanie, podobała mi się twoja postawa w rozmowie z matką. Postawienie się jej na pewno wymagało od ciebie odwagi.”
Od razu mogę ci powiedzieć, że przeciętnemu mężczyźnie w życiu by coś takiego nie przyszło do głowy.
A jeśli zależy ci na naprawdę głębokiej intymności, pójdź za radą religijnych ludzi i módl się wspólnie z twoją żoną. I nie mówię tutaj o publicznej modlitwie w kościele, tylko prywatnej, odmawianej tylko we dwoje.
Zanim zaczniesz przewracać oczami, daj mi dokończyć.
Prawdopodobnie wydaje ci się, że najbardziej intymną rzeczą, jaką dwoje ludzi może robić, jest sypianie ze sobą. Jeśli tak, pomyśl jeszcze raz. Istnieje masa ludzi, którzy idą do łóżka z osobami widzianymi pierwszy raz na oczy. Ale pary, które wspólnie się modlą… pewnie nie znasz ani jednej.
A szkoda, bo małżeństwa, które tak robią, mają praktycznie zerowy wskaźnik rozwodów. Jak widać, dzielenie się swoim ciałem nie jest tak intymne, jak dzielenie się swoją duszą.
Powiedz sam, prawdopodobnie już na samo wyobrażenie sobie modlitwy z kobietą coś cię skręca w boku.
No właśnie.
Ale kontynuujmy, bo zostały nam jeszcze cztery substancje związane z chemią relacji. Jeśli chcesz poznać cały schemat budowania więzi oksytocynowej, mogę go opisać w osobnym tekście.
GABA
GABA, czyli kwas gamma-aminomasłowy, to neuroprzekaźnik wyciszenia. Jego wysoki poziom pomaga obniżać stres i reguluje napięcie.
Co to ma wspólnego ze związkiem?
Otóż GABA jest silnie powiązane z oksytocyną. Niski poziom oksytocyny osłabia produkcję GABA, w efekcie zwiększając podatność organizmu na reakcje stresowe — ich częstotliwość, intensywność i długość.
Odnosząc to bezpośrednio do związku, można powiedzieć tak:
Jeśli ktoś nie ma bezpiecznej więzi, nie doświadcza ciepła, dotyku, przyjęcia i zaufania, to nie tylko „brakuje mu miłości”. Jego układ nerwowy zostaje bez jednego z głównych sposobów wyciszenia. W efekcie taki człowiek może szukać regulacji gdzie indziej: w porno, seksie bez więzi, grach, social mediach, jedzeniu, zakupach, hazardzie albo ciągłym zdobywaniu walidacji.
Kiedy pisałem, że oksytocyna może poprawiać stan zdrowia, po części miałem na myśli właśnie ten schemat.
Oksytocyna sprzyja produkcji GABA, co z kolei hamuje i reguluje wytwarzanie kortyzolu (hormonu stresu). Dzięki temu organizm nie trwa w ciągłym stanie alarmowym, czym otwiera sobie drogę do regeneracji.
Kolejną zaletą GABA jest jego ścisła współpraca z melatoniną, co wspiera sen. Niski poziom tych substancji jest silnie związany z bezsennością i przewlekłym napięciem.
Właśnie dlatego oksytocyna w połączeniu z GABA tworzą poczucie domowego ciepła. Miejsca, w którym można odpocząć i “naładować baterie”.
Pora na moją roboczą teorię.
Duża część kobiecych chorób związanych ze stresem, takich jak depresje czy nowotwory (szczególnie te dotyczące narządów rozrodczych), wynika właśnie z braku poczucia tego elementarnego bezpieczeństwa. Po części dlatego, że mężczyźni nie zapewniają jego 4 filarów (ponownie odsyłam do artykułu na ten temat). Ale również dlatego, że kobietom od lat odradza się poleganie na mężczyznach.
Efekt?
Kobiety funkcjonują w roli męskiej. Wejdę na chwilę w rolę adwokata diabła i powiem, że niektóre nawet nieźle sobie w niej radzą. Ale czy wychodzi im to dobrze, czy źle, skutek jest ten sam. Przewlekły stres.
Przewlekły stres, który kobietę żyjącą w ten sposób prędzej czy później zeżre.
Bo — uwaga, kontrowersyjna teza — kobieta nie została stworzona do tego, żeby funkcjonować w męskiej roli. Od tego jest mężczyzna, który otrzymał od Boga większą odporność na stres i większą zdolność do mierzenia się z przeciwnościami. Jasne, nadmierny kortyzol też może go wykończyć. Dlatego dobrze, jeśli ma kobietę, przy której “leczy rany przed kolejnym bojem”.
A ta kobieta musi czuć się kochana, żeby była do tego zdolna.
Wazopresyna
Dwóch facetów się nie lubi, ale okoliczności zmuszają ich do współpracy, przez co na końcu historii stają się dobrymi przyjaciółmi. Brzmi znajomo, prawda? Na pewno kojarzysz niejeden film z taką fabułą.
Jasne, historia jest nieco przerysowana, ale dobrze ilustruje działanie wazopresyny — drugiego hormonu kluczowego dla budowy więzi.
Jednak w odróżnieniu od oksytocyny, która odpowiada za czułość, poczucie bezpieczeństwa i emocjonalną bliskość, wazopresyna buduje lojalność, zaufanie i pogłębioną współpracę. Jest też szczególnie ważna dla mężczyzn. Dlaczego? Ponieważ mężczyźni mają wyraźnie więcej receptorów tego hormonu.
To nie znaczy, że kobiety go nie potrzebują. Wręcz przeciwnie. Jednak to przede wszystkim mężczyźni budują więzi na bazie wazopresyny.
I nie ma w tym nic dziwnego.
Jeśli wróg napada twoją wioskę i razem z kolegami idziesz jej bronić, żeby nie ucierpiały kobiety i dzieci, chcesz mieć pewność, że możesz na tych kolegach polegać. Właśnie po to jest wazopresyna. Wytwarza się wtedy, kiedy wspólnie z drugim człowiekiem stawiasz czoła przeciwnościom.
Wazopresyna mówi coś w tym stylu: “dobry z nas zespół, więc trzymajmy się razem.”
Przypomnij sobie sceny ze spotkań weteranów wojennych, którzy na starość nadal potrafią wpaść sobie w ramiona. Kiedyś przeszli razem przez piekło, pomagali sobie i wyszli cało z drugiej strony. Wspólne stawianie czoła śmierci tak ich związało, że nawet lata rozłąki nie są w stanie przerwać tego połączenia.
Teraz już wiesz, dlaczego miłość ojcowska zaczyna kwitnąć wtedy, gdy dziecko podrośnie i można je czegoś nauczyć. Podczas takich lekcji tata pomaga małolatowi stawiać czoła przeciwnościom i towarzyszy mu w staraniach. W tej sposób tworzy z potomstwem więź wazopresynową.
Dlatego to zwykle ojciec uczy dziecko, jak budować relacje na bazie współpracy. Do matki znowu należy nauka budowania więzi na bazie miłości (oksytocyny).
Nie znaczy to, że dany rodzic nie może uczyć drugiego rodzaju więzi, ale taka jest ogólna zasada.
No dobra, a jak to wszystko przekłada się na relację romantyczną?
A tak, że powinieneś zaprzęgnąć swoją kobietę do współpracy i wspólnego rozwiązywania problemów. Widzisz, istnieje mnóstwo mężczyzn, którzy chcieliby posadzić pannę na kanapie, żeby leżała i pachniała, kiedy oni sami się wszystkim zajmują. To może i brzmi szlachetnie, ale w żaden sposób nie buduje więzi wazopresynowej. A bez niej nie stworzysz poczucia bycia zespołem.
W takim układzie będzie kulała lojalność i zaufanie, bo nigdy nie udowodnicie sobie, że dobrze wam idzie wzajemne wspieranie się w “ogniu walki”.
Dlatego nieważne, czy twoją intencją jest chęć ochrony księżniczki przed złamaniem paznokcia, czy po prostu nie chcesz, żeby ci przeszkadzała, gdy bierzesz cały ciężar świata na siebie, nie odsuwaj jej od współpracy z tobą. To ogromny błąd.
Pisałem kiedyś tekst o tęsknotach kobiecej duszy. Jedną z tych tęsknot jest właśnie chęć udziału w przygodzie.
AKTYWNEGO udziału.
Zatem dla własnego dobra nie powinieneś jej tego zabierać, bo kiedy razem rozwiązujecie problemy, wytwarzająca się wazopresyna będzie każdemu z osobna podpowiadać “to jest mój człowiek” / “to jest mój sojusznik” / “to jest ktoś, na kogo mogę liczyć”.
Ciekawostka!
Kiedyś przeprowadzono badania na samcach ssaków. Okazało się, że po zwiększeniu stężenia wazopresyny w ich organizmach, samce stawały się znacznie bardziej lojalne i wierne wobec samic, nawet jeśli wcześniej dopuszczały się zdrad. Wykazywały też więcej zachowań ochronnych wobec swoich wybranek.
Jaki z tego wniosek dla pań? Prosty: jeśli twój mężczyzna uzna, że tworzy z tobą zgrany zespół i może na tobie polegać, prawdopodobnie będzie cię lojalnie kochał aż do śmierci 😉
A tak serio: ludzie są oczywiście trochę bardziej skomplikowani niż zwierzęta, bo mają wolną wolę. Nie zmienia to jednak faktu, że wazopresyna sprzyja zachowaniu lojalności.
Jeszcze jedno.
Nie każdy stres niszczy związek. Dzięki wazopresynie stres przeżyty razem, kiedy jedno drugiego ubezpiecza, może budować poczucie dobrego dopasowania.
Serotonina
Zadowolenie, spełnienie, poczucie szczęścia i radości — każde z tych doznań ma wiele wspólnego z “hormonem szczęścia”, czyli serotoniną. I nie chodzi tutaj o “haj” czy podniecenie bliskie dopaminie, tylko stabilne, spokojne wrażenie: “jest mi dobrze / jestem połączony / moje życie ma ciepło i sens”.
Jeśli więc zależy ci na poczuciu realnego szczęścia w relacji, potrzebujesz mieszanki oksytocyny i serotoniny. Pierwsza sprawia, że czujesz się kochany i bezpieczny, a druga wywołuje zadowolenie z tego stanu.
Powstaje jednak istotne pytanie: jak uwalnia się serotonina?
Na różne sposoby. Podczas dobrych rozmów, śmiechu, wspólnych rytuałów i posiłków, codziennej życzliwości i poczucia, że ktoś naprawdę jest po naszej stronie. Innymi słowy: podczas dobrych ludzkich połączeń. Ale także dzięki odpowiedniej diecie, ćwiczeniom fizycznym czy przebywaniu na słońcu.
Dlatego u ludzi z kręgów redpillowych (ale również u tych charakteryzujących się unikowym stylem przywiązania), bardzo często spotkasz się z tendencją, że dbają o dietę, tężyznę fizyczną i przyjemne aktywności.
W ten sposób zapewniają swojemu organizmowi ochłapy serotoniny, ponieważ nie są w stanie odblokować jej głównego źródła — głębokiej relacji z drugim człowiekiem. Dlatego np. opuszczenie jednego treningu może u nich powodować, że wszystko zaczyna się sypać, bo nie mają stabilnego generatora dobrostanu wynikającego z więzi.
Innymi słowy:
Trening, dieta, osiągnięcia czy hobby poprawiają samopoczucie, ale nie zastąpią prawdziwej relacji. Jeśli człowiek nie ma przestrzeni, w której czuje się przyjęty, widziany i bezpieczny, może budować dobrostan wyłącznie na dyscyplinie. Problem w tym, że wtedy jeden gorszy dzień potrafi rozwalić cały system.
Albo prościej:
Facet może mieć siłownię, pracę, cele, pieniądze i rutynę, a nadal cierpieć przez brak miejsca, w którym doświadcza spokojnego zadowolenia z bycia z kimś. Dla takich ludzi lekarstwem na pustkę (w formie “zapchajdziury”) zazwyczaj jest dopamina.
Piszę to z autopsji. Jako wieloletni tzw. “samotny wilk” sporo się nauczyłem i katowałem się niewyobrażalną dla przeciętnego człowieka dyscypliną. Oczywiście miało to swoje plusy, ale przy takim sposobie życia prędzej czy później uderzysz w ścianę.
Albo będziesz uciekał przed rzeczywistością w stronę dopaminowych rozrywek.
Wróćmy jeszcze na chwilę do związku. Funkcjonowanie w ciągłym stresie może obniżać poziom serotoniny, a to z kolei przekłada się na postrzeganie drugiej połówki. Odpowiednio wysokie stężenie tego neuroprzekaźnika sprzyja bowiem ocenianiu żony / męża jako osoby bezpiecznej i intymnej.
Dopamina
Tym oto sposobem dotarliśmy do dopaminy. Czytając wcześniejsze sekcje artykułu, mogłeś odnieść wrażenie, że jest ona czymś złym (albo że ja uważam ją za coś złego). To nieprawda.
Dopamina sama w sobie nie jest ani zła, ani dobra. Jednak może stać się problemem, jeśli wyłącznie na niej opierasz swoje relacje.
Mówimy bowiem o hormonie nagrody, który motywuje do działania i opiera się na prostych bodźcach, takich jak uczucie przyjemności. Dopamina podpowiada mózgowi mniej więcej coś takiego: “było przyjemnie, chcę więcej”. Dlatego jest bardzo istotna w początkowej fazie związku, ponieważ odpowiada za ekscytację drugą osobą.
Flirt, nowość, polowanie, walidacja, zdobycie, seks, potwierdzenie własnej atrakcyjności, cieszenie się z kontaktu — wszystko to wiąże się z dopaminowym ośrodkiem nagrody.
Jest jednak pewien haczyk. W dzisiejszych czasach mamy mózgi przepalone śmieciową dopaminą (w postaci mediów społecznościowych, aplikacji randkowych, durnych filmików, seriali, pornografii, niezdrowych przekąsek i Bóg wie, czego jeszcze).
Na domiar złego jesteśmy uczeni, że w taki sam sposób mamy patrzeć na związki.
Mamy widzieć w drugim człowieku źródło przyjemności. A jeśli przestaje tej przyjemności dostarczać, lepiej wywalić go na śmietnik. Właśnie tego uczą cię pigularscy pseudoeksperci od relacji. Jak manipulować kobietą, żeby dostać od niej to, czego chcesz. Tutaj będziesz ją bombardował miłością, tutaj wzbudzał jej strach, a tutaj szantażował emocjonalnie.
Wszystko po to, żeby eksploatować ją z przyjemności, jak (nie przymierzając) jakąś kopalnię.
I wiesz co? To może całkiem skutecznie działać na kobiety o tendencjach lękowych, bo żeruje na ich najgłębszych traumach. Tylko musisz sobie odpowiedzieć na pytanie, czy chcesz być takim człowiekiem. Bo proponowany przez redpill sposób postępowania zakrawa o psychopatię.
Zresztą te typy nawet nie ukrywają fascynacji mroczną triadą, bo wydaje im się, że kobiety to pociąga (co jest w dużej mierze bzdurą). Po więcej informacji odsyłam do tekstu: Czy mroczna triada jest atrakcyjna?
W takim ujęciu dopamina staje się bardzo problematyczna.
Bo gdy u normalnego człowieka odpowiada ona za pociąg, ciekawość i napięcie erotyczne na początku znajomości, u kogoś zafiksowanego na jej punkcie staje się fundamentem każdej relacji. Potrzebne są coraz to nowsze bodźce, bo inaczej robi się “nudno”. Stąd bierze się pusty hedonizm, szukanie krótkoterminowej przyjemności i używanie ludzi jak przedmiotów.
W dopaminowym modelu relacji bardzo szybko przestaniesz patrzeć na kobietę jak na pełnoprawnego człowieka. Stanie się dla ciebie ni mniej, ni więcej, tylko dostawcą bodźca. Jeśli daje seks, walidację, napięcie albo poczucie wygranej — jest użyteczna. Jeśli przestaje dawać dopaminę — można ją odsunąć i szukać kolejnej.
Zresztą… załóżmy inny scenariusz.
Powiedzmy, że szczerze pokochałeś jakąś kobietę, ale twój mózg nadal jest zafiksowany na dopaminie. Wiesz, co to oznacza dla związku? Że po okresie podekscytowania nowością drugiej osoby będziesz na siłę próbował reanimować ten “haj”, który czułeś na początku. To zazwyczaj objawia się na kilka sposobów:
- albo będziesz próbował wprowadzać coraz bardziej wyuzdane zabawy do sypialni,
- albo (jeśli ona się nie zgodzi) zaczniesz “pocieszać się” pornografią,
- albo (jeśli już naprawdę nisko upadniesz) udasz się po trochę przyjemności do prostytutki lub rozważysz tradycyjną zdradę.
I nie piszę tego lekko ani z wyższością, bo to w gruncie rzeczy bardzo nieszczęśliwe życie. Jeśli nie potrafisz tworzyć dobrych i bezpiecznych relacji z ludźmi, jedynym, co ci zostaje, jest dopamina.
A ci pseudo eksperci z internetu, twoi fałszywi przyjaciele, tylko utwierdzają cię w mylnym przekonaniu, że właśnie tak powinieneś funkcjonować. Że właśnie tak to powinno wyglądać.
RiO, prawda? (Nie będę rozwijał tego skrótu. Kto ma wiedzieć, co on oznacza, ten wie.)
Pigułka katastrofizmu
A więc, w finale tego tekstu powinieneś zadać sobie jedno zajebiście ważne pytanie: czego tak naprawdę chcesz? Stabilnej, szczerej, bezpiecznej, zdrowej i satysfakcjonującej relacji, czy — może i ekscytującego — ale powierzchownego związku, który w finale czyni cię jeszcze bardziej pustym i samotnym, niż gdy do niego wchodziłeś?
Czego chcesz? Kobiety, która chce z tobą sypiać z własnej, nieprzymuszonej woli, nawet po latach bycia razem, czy panienki niechętnie zmuszającej się do tego w wyniku twojej manipulacji lub strachu przed byciem samą?
Widzisz, ci wszyscy pigularze chcą, żebyś w związkach funkcjonował jak facet żywiący się przez całe życie hot-dogami ze stacji benzynowej. Kiedy jest głodny, przychodzi coś zeżreć — może nawet coś sycącego — ale pozbawionego większości mikro i makroelementów niezbędnych dla zdrowego funkcjonowania organizmu.
Po kilku latach takiego życia chłop zapomni, czym jest pełnowartościowy posiłek. Nawet jeśli jakaś kobieta chciałaby mu go podać.
To samo tyczy się związków.
Mózg pigularza opiera się na dopaminie, czyli tak naprawdę czerpie ze związku tylko 20% tego, co opisałem w artykule. Nic dziwnego, że wtedy jedna kobieta staje się taka sama, jak każda inna, bo tak naprawdę wiążesz się z przyjemnością, nie z nią jako osobą.
W tym kontekście dopamina jawi się jako kompensacja samotności. Człowiek nie ma bliskości, więc szuka mocnych bodźców.
Nie ma serotoninowego zadowolenia, więc szuka ekscytacji.
Nie ma GABA, więc szuka ulgi.
Nie ma wazopresyny, więc szuka kontroli zamiast współpracy.
I wreszcie — nie ma oksytocyny, więc szuka seksu zamiast więzi.
Dopaminowe zachowania często wyglądają jak nadmiar przyjemności, ale pod spodem bywają objawem deficytu. Człowiek nie goni dlatego, że jest nasycony. Goni dlatego, że czegoś mu brakuje.
Opisany wyżej schemat często prowadzi do tworzenia się toksycznych relacji, gdzie dopamina i kortyzol idą w parze. Nie ma w nich bezpieczeństwa, ale jest ciągła huśtawka: najpierw napięcie, potem ulga, potem znowu napięcie… i tak w kółko. Ciało może przeżywać te wzloty i upadki jako coś uzależniającego, jak w hazardzie.
Nawet jeśli przez większość czasu przegrywasz, sporadyczne doznania przyjemności (strzały dopaminowe), motywują cię do trwania w chorym układzie.
Kto to kupuje?
Wiesz, do kogo przemawiają manosferowe teorie? Do ludzi, którzy już mają niezdrowy styl przywiązania.
Do mężczyzn lękowych, którzy najbardziej na świecie pragną oksytocynowej bliskości oraz poczucia bycia kochanym, ale nadziali się na jakąś wredną babę i zostali zranieni. W efekcie zaczęli bać się oksytocyny, bo bliskość kojarzy im się z bólem. Potem w poszukiwaniu współczucia natknęli się na redpill i kupili teorię o “byciu niedostępnym”, manipulowaniu drugim człowiekiem, a w końcu także o traktowaniu kobiet jak “kopalni dopaminy”.
Dla takiego redpillowca dopaminowy styl relacji stanowi obronę przed zranieniem. Chociaż tak naprawdę chce bliskości, ta kojarzy mu się z odrzuceniem, więc wybiera coś łatwiejszego: silny bodziec bez odsłonięcia serca.
Drugą grupą mężczyzn, do których trafia redpillowa ideologia, są mężczyźni unikowi. Oni już sami z siebie nie ufają emocjom, trzymają ludzi na dystans (nawet w związku) i przeważnie są patologicznie logiczni (fajnie to brzmi ;D). Dla nich teorie o tym, jak to żadnej kobiecie nie można ufać itd. są po prostu potwierdzeniem ich lęku przed prawdziwą bliskością drugiego człowieka.
Innymi słowy: utwierdzają się w mylnym przekonaniu, że dobrze robią, nie dopuszczając nikogo do prawdziwego siebie. Tacy faceci potrafią być bardzo zaradni, ale jednocześnie bardzo samotni.
Poza tym wielu z nich już i tak postępuje w sposób redpillowy, nawet nieświadomie. Z prostego powodu: niezdolność do tworzenia więzi ustawia ich w ciągłej pogoni za dopaminą.
Podsumowanie
Możesz mi tu zarzucić, że nie ma wielu kobiet, które są bezpieczne (w rozumieniu możliwości tworzenia z nimi bezpiecznej więzi). Możliwe. Ale to działa również w drugą stronę. Wśród mężczyzn też nie znajdziesz wielu takich, z którymi można stworzyć bezpieczną relację.
Jeśli więc jesteś jednym z nich, zaliczasz się do elitarnego grona ludzi charakteryzujących się bezpiecznym stylem przywiązania.
Ale to nie znaczy, że cała reszta jest skazana na porażkę. Mózg jest neuroplastyczny. Praktykowanie nowych nawyków potrafi zmienić stare tory myślowe i schematy postępowania — również te dotyczące relacji. Wymaga to jednak samoświadomości, chęci i dyscypliny.
…
Dobra, kończę w tym miejscu, bo i tak rozpisałem się jak cholera. Jeśli dotrwałeś do końca, życzę ci dobrego tygodnia 😉
Masz uwagi, przemyślenia albo osobiste doświadczenia w tym temacie? Podziel się w nimi w komentarzu (albo napisz do mnie bezpośrednio). A jeśli uznałeś tekst za ciekawy lub pomocny, podziel się nim z przyjacielem, kumplem, znajomym, albo wpadnij na stronę facebook’ową bloga i polub moją twórczość.
Nic tak nie napędza do dalszej pracy, jak dobry feedback.


Zawsze śmieszą mnie ataki katolickich (przeważnie) konserwatystów albo wręcz zawodowych katolików na ich konfrontacyjnie nastawionych do Systemu kolegów – raz chodzi o lefebrystów, raz chodzi o Brauna i/lub plemię garbatych nosów, innym razem jeszcze o redpill i/lub feminizm.
Zawsze też się zastanawiam, czy tak bardzo nie rozumieją oni rzeczywistości, nie potrafiąc odróżnić wroga od, jeśli nie sojusznika, to przynajmniej „towarzysza podróży”, czy może wręcz przeciwnie, doskonale ją rozumieją i to wyjaśnia, po której naprawdę są stronie.
Nie posądzam cię o to ostatnie, więc pewnie jesteś po prostu jeszcze jednym naiwnym człowiekiem, któremu wydaje się, że rozwiązania działające kiedyś są aktualnie jeszcze dziś.
Pretensje do redpillowców należy mieć o to, że ich recepty wciąż zakładają podporządkowanie życia mężczyzn pod reakcje i zachowania kobiet, a nie o to, że hurr durr manipulują biednymi paniami. Podobnie z blackpillowcami – ich winą nie jest to, że słusznie wskazują na naturalną amoralność płci przeciwnej i ich pociąg do seksownych łajdaków (w skrajnej postaci prowadzący do hybristofilii), tylko to wieczne biadolenie, że nie mają kwadratowej szczęki i w związku z tym przegrali.
Złotym środkiem jest przechodzenie do porządku dziennego (w miarę możliwości) nad tym, co mówią, myślą, czują i robią kobiety, absolutny brak oczekiwań wobec nich (innymi słowy, spodziewanie się „najgorszego”), a w wersji dla zaawansowanych ograniczenie kontaktu z nimi do niezbędnego minimum – ani stawianie na piedestał, ani nienawiść, bo to dwie strony tego samego ginocentrycznego medalu.